Bartłomiej Radziejewski, politolog, publicysta, redaktor naczelny pisma "Rzeczy Wspólne":

Jeśli „w tym szaleństwie jest metoda”, to widzę dwie zasadnicze możliwości. Albo szef PiS kieruje się prywatnym interesem, i dążąc do rozliczenia winnych katastrofy z 10 kwietnia ciągnie partię w kierunku polityki smoleńskiego radykalizmu. Albo też myśli jednak w szerszych kategoriach i uważa, że nie mając szans na zwycięstwo w przyszłorocznych wyborach, trzeba budować zwartą partię kadrową, by w chwili gwałtownej zmiany społecznych nastrojów przejąć władzę jako obóz wyrazistej kontestacji rządów PO. Zmiana taka może nastąpić w ciągu 2-3 lat w wyniku załamania gospodarczego spowodowanego nieodpowiedzialną polityką gabinetu Tuska.

Polityka najważniejszej partii opozycyjnej podporządkowana prywatnemu interesowi byłaby katastrofalną szkodą tak dla PiS, jak i dla Polski. W drugim przypadku mielibyśmy z kolei do czynienia z oparciem się na bardzo wątpliwych przesłankach, bo nie wiadomo ani czy radykalna zmiana nastrojów nastąpi, ani czy ewentualny spadek popularności PO przełoży się na wzrost poparcia PiS. Kontynuacja obecnej polityki znacznie zmniejszy szanse Kaczyńskiego na przejęcie elektoratu przeciwnika.

Jakubiak przeszkadzałaby w realizacji każdego z tych scenariuszy. Od czasu kampanii prezydenckiej zbliżyła się bowiem do tzw. frakcji liberałów, która kwestionuje obecną linię PiS.

Strategia „cięcia po skrzydłach” może okazać się dla Kaczyńskiego fatalna. Bo jest bardzo wątpliwe, by ograniczony do „twardego jądra” PiS był w stanie wygrać wybory parlamentarne. A jeśli je przegra, szybko może się znaleźć zainteresowany przejęciem kontroli nad partią ojcobójca.

Michał Szułdrzyński, politolog, publicysta, zastępca szefa działu krajowego "Rzeczpospolitej":

Decyzja Jarosława Kaczyńskiego to konsekwentne podążanie w kierunku, który sam obrał, czyli wprowadzenia żelaznej dyscypliny i przeprogramowania partii w kierunku bardziej radykalnym. Ani Marek Migalski, ani Elżbieta Jakubiak, czy Paweł Poncyliusz nie pasują do tej wizji. Wiadomo, że Kaczyński nie wpuści ludzi związanych z frakcją tzw. liberałów na listy w przyszłym roku, gdyż podejrzewa ich o współpracę z PO. Lepiej więc teraz ich usunąć z partii lub odsunąć, niż później mieć z tym problemy.

Jarosław Kaczyński chce odejść od wizerunku PiS jako partii centrowej, jaki wytwarzał się podczas jego kampanii prezydenckiej. Uważa, że PiS ma nie być partią lubianą przez pewną część elit, lecz językiem, który im nie odpowiada, porozumiewać się z wyborcami. Moim zdaniem Kaczyński myśli, że zaostrzenie retoryki doprowadzi do wzrostu poparcia. Nie zgadzam się z pojawiającymi się często tezami, iż prezes PiS stracił polityczne rozeznanie. Myślę, że on na chłodno kalkuluje.

Jego podejście może być słuszne, jeśli chodzi o tożsamość PiS. PiS chwalony przez wszystkich po prostu nie byłby PiS-em. Inna sprawa, czy takie podejście przełoży się na wynik wyborczy, co może okazać się wątpliwe.

not. sks

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »