- Paweł Kowal otrzymał dziś telefon od Rzecznika Praw Obywatelskich, z którym jutro ma rozmawiać. Nasi kandydaci w wyborach spotkali się z zastraszeniem w swoich miejscach pracy. To nie były pojedyncze przykłady, umówilismy się, że nie będziemy podawać jednak ich nazwisk -  mówi Elżbieta Jakubiak. 

 

Zastrzaszanie kandydatów PJN opisuje natomiast głosem Pawła Poncyliusza portal gazeta.pl: - "W Elblągu mieliśmy bardzo dobrą kandydatkę do wyborów parlamentarnych. Jednak poinformowała nas, że jest pracowniczką urzędu miasta czyli instytucji podległej prezydentowi Nowaczykowi, a pan prezydent sobie nie życzy, żeby kandydowała - opowiadał Poncyliusz. Mówił, że kandydatka, która miała być "jedynką" PJN, rozumiała z wypowiedzi prezydenta Elbląga, że jeżeli będzie kandydować może mieć poważne problemy z pracą. Poseł próbował interweniować i udał się z wizytą do prezydenta Elbląga i z nadzieją, że ten wyjaśni jakoś to nieporozumienie.
 

- Od pana prezydenta otrzymałem wykładnię, że jego urzędnicy nie powinni w ogóle mieszać się w politykę - mówił Poncyliusz. Wyjaśnia, że ustawa o służbie cywilnej nie zabrania urzędnikom kandydowania, mówi jedynie o tym, że nie mogą należeć do partii politycznych. Zastępczyni prezydenta twierdzi, że władze miasta nie wywierały żadnych nacisków na urzędników i każdy, kto chciałby startować, mógł to zrobić.
 

Poncyliusz opowiadał też o sytuacji, jaka zaistniała w województwie zachodnio-pomorskim, gdzie jeden z kandydatów wycofał się z list PJN, obawiając się o pracę swojej żony. "Nie mogę startować bo moja żona robi specjalizację w szpitalu, który jest kierowany przez członka PO. Dyrektor na tyle poważnie przekonany jest do Platformy, że obawiam się, że moja żona mogłaby nie zrobić stażu i specjalizacji" - tłumaczył się Poncyliuszowi niedoszły kandydat.
 

Podobna sytuacja zdarzyła się też w województwie warmińsko-mazurskim. - Jest wiele takich przypadków - przekonywał Poncyliusz. Przekonywał, że "polityka partyjna na poziomie lokalnym sprawia, że ludzie boją się startować". - Ludzie mówią, że mogą nam pomóc, ale boją się kandydować. Tłumaczą nam: "Mamy pracę, wykonujemy jakieś usługi dla podmiotów publicznych i nie chcemy się im narażać i rezygnują" - mówi Poncyliusz."

 

JW/gazeta.pl