Jarosław Kaczyński gra na lękach sfrustrowanych Polaków – grzmi w "Gazecie Wyborczej" profesor Andrzej Rychard. W rozmowie socjolog dokonuje analizy działań prezesa PiS (bo przecież rządem i PO zajmować się nie trzeba). Rychard dochodzi do wniosku, że były premier gra na lękach ludzi, odwołuje się do tych, których roszczenia nie są zaspokajane. I to jest przedstawiane przez Rycharda jako zarzut wobec Kaczyńskiego. Socjolog nie zastanowił się w ogóle, dlaczego "roszczenia" nie są zaspokajane, dlaczego ludzie są sfrustrowani. Wtedy bowiem trzeba by dokonać analizy "sukcesów" rządu Donalda Tuska, a tych jak wiadomo analizować nie trzeba. Profesor snuł więc dalej refleksje na temat największej partii opozycyjnej. W całym wywodzie socjologa przebija przekonanie, że głównym winowajcą wszystkiego jest Jarosław Kaczyński. To on odpowiada również za błędy innych.
Mimo słów wybitnego profesora, nie ma jednak nic dziwnego w tym, że polityk odwołuje się do grup, którym się "nie udało". Przecież tak robią partie, i nie tylko, na całym świecie i to od czasów najdawniejszych. Tak robiły partie polityczne w czasie nieudanej "transformacji" ustrojowej, której skutki odczuli zwykli Polacy, a nie PRL-owscy aparatczykowie, komunistyczni oprawcy i wszelkiej maści inne gnidy. Tak robiły partie "postkomunistyczne", gdy przejmowały elektorat prawicowych partii po rozczarowaniu pierwszymi latami III RP, tak robiła wreszcie "Solidarność", która odwoływała się do ludzi sfrustrowanych, których roszczenia nie były zaspokajane przez totalitarne państwo. Dlaczego wykluczeni i sfrustrowani mają pozostać poza życiem politycznym? Chyba tylko dlatego, że to byłoby obecnie na korzyść Platformie Obywatelskiej. Jednak w polityce każdy może się odwoływać do kogo chce, byleby czynił to w zgodzie z prawem.
Łamania prawa Rychard nie zarzucił Kaczyńskiemu. Ma jednak do niego pretensje, że używa on określeń nie pasujących do XXI wieku, takich, jak "źli ludzie", "nasz kraj", "naszość". - W dobie globalizacji, integracji! - dziwi się socjolog. I rzeczywiście, w dobie globalizacji w naszym (ups, przepraszam) kraju złych ludzi nie ma (no chyba, że w PiS-ie), a nasz (ups, znów przepraszam) kraj nie jest nasz, co świetnie pokazują sukcesy w polityce zagranicznej rządu Donalda Tuska. Tyle tylko, że wcale nie musi tak być. Nasz kraj może być nasz, czyli podmiotowy, skupiony na polskiej racji stanu, a ludzi zachowujących się źle można i należy piętnować, nawet w dobie globalizacji. Tyle tylko, że obecne władze zdają się podzielać wizję polityki zaserwowaną czytelnikom "GW" przez prof. Rycharda.
Andrzej Rychard swoim wywiadem przysłużył się powrotowi do Polski klimatu z lat PRL-u. Mamy obecnie do czynienia z największą od lat propagandą kłamstwa i udawanych sukcesów. To one, szczególnie po 10 kwietnia, frustrują coraz większą liczbę Polaków, to one powodują, że ci, którym nie podobają się zmiany w Polsce, są skazywani – również przez Rycharda - na publiczną banicję czy ośmieszenie, że ci, którzy oczekują od rządu wzięcia odpowiedzialności za państwo, oczekują prawdy ws. katastrofy smoleńskiej, są atakowani i niszczeni. To one powodują, że media, intelektualiści i innej maści "autorytety" wolą zajmować się tym, co powiedział lider opozycji, gdzie był, z czym i dokąd szedł, z kim rozmawiał, z kim nie, komu podał rękę, komu nie podał, niż w sposób rzetelny oceniać i ewentualnie krytykować rząd Donalda Tuska i jego kompanów. Ludzie źle radzą sobie, żyjąc w rzeczywistości przesiąkniętej totalnym zakłamaniem. Coraz więcej osób widząc przekazy mediów mainstreamowych i wypowiedzi rządowych polityków przypomina sobie klimat z czasów, gdy Polakom o rzeczywistości opowiadał Jerzy Urban. Wtedy jednak nikt nie miał pretensji do działaczy opozycji antykomunistycznej, że odwołują się do wykluczonych i sfrustrowanych ludzi...
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

