Czy w naszym kraju – "zielonej wyspie dobrobytu i ekonomicznego sukcesu" - coś zaczyna pękać? Choć rząd Donalda Tuska coraz głośniej chwali się gospodarczymi sukcesami, po cichu pracował od miesięcy nad zwiększeniem obciążeń podatkowych dla obywateli. Jak ujawnia Ministerstwo Finansów, w nowelizacji ustawy o finansach publicznych zapisano szereg nowych sposobów na wyciągnięcie pieniędzy od podatników. Jeśli dług publiczny przekroczy 55 procent PKB - co może stać się za chwilę, dzięki polityce ministra Rostowskiego - Polacy stracą ulgi na internet, ulgę prorodzinną, wszelkie ulgi związane z kosztami uzyskania przychodu oraz zapłacą jeszcze wyższy podatek VAT, który po rządowych zmianach będzie najwyższym w Unii Europejskiej.

Obciążenia fiskalne mają być wyższe przez trzy lata. Wszystko po to, by obniżyć dług publiczny w naszym kraju "kwitnącego rozwoju gospodarczego". Ten "rozwój" zapewniony nam przez rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego może kosztować Polaków w sumie ponad 13 miliardów złotych (6 mld będzie kosztowała rezygnacja z ulgi prorodzinnej i internetowej, 800 mln rezygnacja z przywilejów dot. kosztów uzyskania przychodów z umów na zlecenie i dzieło, 5,5 mld wyższe podatki VAT).

Plany resortu finansów to dowód, że jedynym pomysłem "liberałów" (za jakich PO chce uchodzić) z rządu na poprawę sytuacji ekonomicznej państwa jest wyciąganie coraz większych sum z kieszeni podatników. Zamiast przystąpić do obiecywanej reformy finansów publicznych, odchudzić i skomputeryzować administrację publiczną, Tusk woli obłożyć kuriozalnymi podatkami polskich obywateli. To oni mają ponosić koszty zaniechań, jakich dopuściły się wszystkie rządy od lat 90., to oni mają umożliwić dalsze chwalenie się "słupkami". Konsekwencja taktyki ekonomicznej obranej przez Tuska pokazuje, że niczego po tym rządzie nie można się spodziewać poza podnoszeniem podatków. Ten rząd i ten premier nawet nie będą próbowali zrobić niczego innego. No chyba, że im ktoś każe.

Plany resortu finansów pokazują również, że rząd Tuska kłamie od miesięcy na temat wspaniałej sytuacji gospodarczej Polski. Minister Rostowski wielokrotnie dokonywał manipulacji, mówiąc, że nasz kraj jest najszybciej rozwijającym się państwem w Unii Europejskiej. I być może, dzięki jego umiejętnej polityce fiskalnej, słupki rzeczywiście tak pokazują. Co jednak z tego, że minister może się pochwalić na Zachodzie swoją kreatywną księgowością, skoro jedynymi odczuwalnymi dla społeczeństwa skutkami "sukcesów" Jana Vincenta Rostowskiego jest wzrost wszelkich danin, opłat i podatków, które pobiera państwo. Sytuacja w Polsce przypomina sytuację sprzed kilku lat na Węgrzech. Tam przed wyborami również prowadzono kampanię propagandy sukcesu gospodarczego. Dopiero na filmie nagranym ukrytą kamerą premier przyznał, że oszukiwał społeczeństwo, że stan finansów publicznych jest fatalny. Opublikowanie filmu zmusiło rząd do ustąpienia, rozpisane zostały nowe wybory. W Polsce, choć wielokrotnie media informowały o przedwyborczych oszustwach rządu i inicjatywach ustawodawczych, przeczących rządowej kampanii ekonomicznego sukcesu, gabinet Tuska nie spotkał się nawet z głośną i stanowczą krytyką. Media i wszelkie wpływowe ośrodki wciąż prowadzą swoistą kampanię wyborczą Donalda Tuska i jego kolegów. Czynią to, jak wielokrotnie powtarzali ich przedstawiciele, w obawie przed powrotem Jarosława Kaczyńskiego do władzy. Ciekawe, czy spustoszenie w ich portfelach, jakiego chce dokonać polski rząd, spowoduje, że zmienią swoją taktykę, czy może z jeszcze większą zawziętością będą opowiadać o sprawności i skuteczności "fachowców ekonomicznych" od Tuska?

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »