W mediach nagle zrobiło się głośno o Tomaszu Turowskim – ambasadorze tytularnym RP w Moskwie. Choć ma on uchodzić za szarą eminencję polskiej dyplomacji, do tej pory jego nazwisko nie pojawiało się w mediach, a opinia publiczna nie wie o nim nic. Teraz może się to zmienić, ponieważ Instytut Pamięci Narodowej skierował w jego sprawie wniosek o wszczęcie procesu lustracyjnego. IPN uważa, że zataił on fakt swojej współpracy z PRL-owskim wywiadem. Jak pisze „Rzeczpospolita”, był on funkcjonariuszem najbardziej elitarnego wydziału komunistycznego wywiadu i działał poza granicami PRL, jako „nielegał”.
Zgodnie z prawem osoby służące m.in. w wywiadzie PRL przy przyjmowaniu do MSZ mają obowiązek złożyć oświadczenie lustracyjne, w którym muszą ujawnić swoje ewentualne kontakty z PRL-owskimi służbami. Jeśli tego nie zrobią, mogą zostać oskarżone o kłamstwo lustracyjne. Istnieje jednak wyjątek – jeśli były współpracownik służb PRL współpracuje obecnie ze służbami III RP, składa oficjalne oświadczenie, że nie współpracował ze służbami komunistycznymi i tajne, że obecnie współpracuje z polskimi służbami. To zapewnia jej bezpieczeństwo i brak zainteresowania ze strony prokuratury IPN. Skoro Instytut wystąpił o lustrację Turowskiego, oznacza to, że nie złożył on tajnego oświadczenia i nie współpracuje ze służbami, przynajmniej polskimi...
Nie oznacza to jednak, że nie może współpracować ze służbami innych krajów. Przecież wywiad PRL-owski był przedłużeniem sowieckiego wywiadu. Mocodawcami funkcjonariusza Turowskiego nie byli komunistyczni aparatczykowie z Warszawy, tylko sowieci. Podczas swoich misji obecny ambasador tytularny RP w Moskwie realizował interesy ZSRS a nie PRL. Jego kontakty, oficjalne lub nie, z wywiadem sowieckim do dziś mogą szkodzić interesom Polski lub być powodem do wpływania na Turowskiego. Osoba taka jak on może być bowiem bardzo podatna na szantaż.
Kwestia współpracy z wywiadem PRL to zresztą nie jedyny trop mówiący o możliwych powiązaniach Turowskiego z sowieckimi czy rosyjskimi służbami. Jak informuje „Nasz Dziennik” Turowski miał być obiektem zainteresowania Urzędu Ochrony Państwa w latach 90. Powodem tego zainteresowania była znajomość Turowskiego z Grigorijem Jakimiszynem. Ten rosyjski dyplomata, pracujący w ambasadzie w Warszawie, był de facto funkcjonariuszem wywiadu Rosji. To on stał za ujawnieniem domniemanej współpracy Józefa Oleksego ze służbami Federacji Rosyjskiej. To właśnie m.in. od informacji Jakimiszyna rozpoczęła się afera „Olina”, która doprowadziła do dymisji rządu Józefa Oleksego. Oficjalnie – zgodnie z wersją pracownika rosyjskiej ambasady – Oleksy miał być bardzo cennym źródłem dla Rosji. Jednak w całej sprawie pojawiają się wątpliwości.
Dlaczego Rosja miałaby palić sobie tak dobre źródło informacji, dlaczego Jakimiszyn po ujawnieniu tak cennego agenta został awansowany w strukturze wywiadu rosyjskiego, a nie sądzony za zdradę interesów Rosji, czy wskazanie, że „Olin” to Oleksy nie było wrzutką, mającą na celu ukrycie prawdziwego agenta w Polsce - to pytania zadawane sobie przez ludzi zajmujących się sprawą Oleksego. Tym bardziej zasadne, że afera „Olina” zaczęła się od spotkania dwóch ludzi służących w przeszłości Związkowi Sowieckiemu – Władimira Ałganowa i „polskiego superszpiega”, Mariana Zacharskiego. Nie jest więc wykluczone, że sprawa „Olina” była prowokacją wymierzoną w premiera Oleksego. Jaki udział w tej sprawie mógł mieć Turowski nie wiadomo. Wiadomo jednak, że kontaktował się on z człowiekiem, którego działania wyglądały jak realizacja misji obalenia rządu Józefa Oleksego. A to kolejny tajemniczy rozdział w życiorysie pracownika polskiej ambasady w Moskwie. Jednak nie ostatni.
Zastanawiająca jest bowiem również rola Tomasza Turowskiego związana z katastrofą smoleńską. Jak wynika z dokumentów dotyczących przygotowania wizyty polskiego prezydenta w Katyniu, 10 kwietnia był on na lotnisku w Smoleńsku wśród urzędników oczekujących na przylot rządowego Tupolewa. Z zeznań Sławomira Wiśniewskiego, montażysty TVP, który nakręcił jeden z pierwszych filmów z miejsca katastrofy, wynika natomiast, że jeden z polskich urzędników – wyglądający jak pracownik ambasady – miał żądać od funkcjonariuszy rosyjskich, by aresztowali Wiśniewskiego i zniszczyli jego wszystkie kasety. Pracownik Telewizji Polskiej opisał owego urzędnika. - Rozpoznałbym go, był wysoki, szczupły, krótko obcięty szatyn, w długim beżowym płaszczu. Miał na pewno więcej niż 50 lat. Jestem przekonany, że był to Polak, mówił po polsku bez akcentu, twardo, bez zmiękczenia – zeznawał Wiśniewski. Opis ten pasuje do Turowskiego. To on mógł być tajemniczym pomocnikiem rosyjskich służb, starającym się o niszczenie dowodów dotyczących katastrofy smoleńskiej. To on również – jak zeznawał Dariusz G., naczelnik Wydziału Federacji Rosyjskiej Departamentu Wschodniego MSZ – miał być autorem informacji, że trzy osoby przeżyły tragedię z 10 kwietnia i zostały przewiezione do szpitala. Turowski miał się przy tym powoływać na wiadomości uzyskane od funkcjonariusza FSB.
Wygląda więc na to, że historia Tomasza Turowskiego jest kolejną tajemnicą związaną z katastrofą smoleńską. Opinia publiczna powinna się dowiedzieć, co robił on w Smoleńsku, czy jego kontakty z funkcjonariuszami rosyjskiego i sowieckiego wywiadu ustały, czy to on chciał aresztować Sławomira Wiśniewskiego oraz jaki jest jego status w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Być może jako szara eminencja resortu ma on jakąś szczególną wiedzę o przygotowaniach do tej szczególnej wizyty. Warto się tym zainteresować również w kontekście słów Turowskiego, które padły 12 kwietnia w rozmowie z rosyjskim radiem Finam. Mówił tam: „trzeba zwracać się jednakże do przyszłości i w tym sensie i to, co powiedział Władimir Władimirowicz Putin 7 kwietnia w Katyniu, i to, co powiedział Donald Tusk, wskazuje nam kierunek. Wierzę jednakże w tworzącą moc słowa. Jeżeli ono pada na ziemię, która potem daje plon, a ta katyńska ziemia paradoksalnie, mam nadzieję - ja prawie jestem przekonany - da pozytywny plon w stosunkach polsko-rosyjskich, lecz to będzie też paradoks, to będzie największa praca pośmiertna prezydenta Kaczyńskiego, którą on przeprowadził w celu zbliżenia Rosji i Polski”.
Czy ktoś prezydentowi Kaczyńskiemu pomógł tę „pracę” rozpocząć? Pytać warto, choć i tak się tego nie dowiemy.
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

