Henryk Stokłosa, były działacz komunistycznej PZPR, przedsiębiorca oskarżony o korupcję, znany z praktyki zatruwania odpadami mięsnymi okolicy Smiłowa oraz bezprawnego przetrzymywania dziennikarzy w okolicach swoich zakładów mięsnych, wraca do polityki. Znów zasiądzie w Senacie. W niedzielnych wyborach uzupełniających do Izby Wyższej parlamentu uzyskał niemal 40 procent głosów.
Zdobycie przez Stokłosę mandatu senatora jest sprawą kuriozalną. Jest on bowiem oskarżony o współpracę ze skorumpowanymi urzędnikami Ministerstwa Finansów, dzięki którym miał zaoszczędzić gigantyczne pieniądze na bezprawnym umarzaniu przez resort podatku. Stokłosa jest również zamieszany w nielegalne zakopywanie odpadów zwierzęcych, powstałych w jego zakładach produkcyjnych. Nowo wybrany parlamentarzysta ma za nic polskie prawo. Przez niemal rok ukrywał się przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Od stycznia do grudnia 2007 roku poszukiwano go w całej Europie na mocy Europejskiego Nakazu Aresztowania w związku z aferą korupcyjną w Ministerstwie Finansów.
Objęcie mandatu przez kogoś takiego jak Stokłosa jest kolejnym dowodem na upadek polskiej kultury politycznej. Ktoś, kto w krajach ustabilizowanej demokracji byłby skazany na margines, zepchnięty na bok życia społecznego, w Polsce staje się jedną z kilkuset najważniejszych osób w państwie, zyskuje wpływ na kształt polskiej polityki i tworzenie prawa, którym sam – czego dał świadectwo – gardzi. Dzięki demokratycznym mechanizmom i upadkowi podejścia do spraw publicznych widocznemu w polskim społeczeństwie zyskał on nietykalność oraz został włączony do grona najważniejszych polskich polityków. Wygląda więc na to, że po kilkuletniej przerwie do polskiej polityki wrócił kontynuator praktyk Andrzeja Leppera. I wśród polityków będzie jeden taki, co więcej czasu będzie spędzał w sądzie niż na sali senackiej...
Historia kampanii Henryka Stokłosy oraz objęcia przez niego mandatu senatora to również przestroga dla wszystkich zwolenników wprowadzenia w wyborach parlamentarnych ordynacji większościowej. Zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych często wypowiadają się, jakby zmiana ta była receptą na polepszenie jakości debaty publicznej oraz zwiększeniem szans na odpartyjnienie polityki. Jednak, jak pokazuje przypadek Stokłosy, wprowadzenie "jowów" może również skutkować wchodzeniem do Sejmu lokalnych bonzów, którzy z polityką nic mieć nie powinni, którzy dzięki swojej pozycji nie muszą się w żaden sposób liczyć z lokalną społecznością.
- Głosuję na Stokłosę, bo on daje pracę temu regionowi – tak najczęściej odpowiadali ludzie, którzy szli w niedzielę do wyborów i oddawali głos na byłego senatora. I prawdopodobnie, nawet gdyby był on przestępcą, aferzystą, gdyby niczego o polityce ani państwie nie wiedział, ani się do polityki nie nadawał, i tak miałby głosy miejscowej ludności, ponieważ jest szefem największego zakładu produkcyjnego w regionie. To wystarczy, by w przypadku "jowów" wygrać wybory do parlamentu.
Jednak Stokłosa zna się na polityce – to trzeba mu przyznać. Jego kampania wyborcza była przepełniona stertą gigantycznych obietnic. Stokłosa zapowiedział, że zorganizuje kolonie dla ubogich dzieci, na Wielkanoc będzie kupował żywność dla domów dziecka, hospicjów i najuboższych mieszkańców gminy, ufunduje kilkaset wyprawek dla pierwszoklasistów, da półtora miliona złotych miejscowym klubom piłkarskim. Wszystko z jego własnej kieszeni. I tylko jeden warunek – musi zostać senatorem. Kampania bardzo przekonująca i niezwykle skuteczna. Prawdopodobnie jednak Stokłosa o swoich zobowiązaniach już zapomniał, a miejscowi przypominać nie będą chcieli, bo przecież nie warto zadzierać z pracodawcą całego regionu.
Wybory uzupełniające do Senatu, w wyniku których Stokłosa zdobył mandat, są przestrogą dla zwolenników zmian w ordynacji. Ordynacja większościowa, w połączeniu z polskim podejściem do polityki i spraw państwa, oznaczała będzie w wielu okręgach zgodę na szantażowanie lokalnych społeczności przez miejscowych bogaczy, którym zamarzy się polityka. Nie dość, że doprowadzi to do załamania się podstawowej zasady w demokracji, czyli równości szans wyborczych, to dodatkowo skaże regiony mało uprzemysłowione na dominację polityczną ludzi prowadzących biznesy na danym obszarze. Wyborcy nie będą mieli możliwości odwrócenia się od takich ludzi, nawet jeśli okażą się oni zupełnie fatalnymi politykami. Będą bowiem wiedzieli, że wybierając innego posła mogą stracić jedyne źródło utrzymania w okolicy.
Jeśli więc ktoś uważa, że wprowadzenie tzw. jowów jest lekiem na polską politykę, to pytam: lekiem na co? Co Henryk Stokłosa – były komunista, oskarżony o łapówkarstwo, uciekający przed polskim wymiarem sprawiedliwości – jest w stanie w Polsce uzdrowić? Może chyba tylko wywołać wymioty...
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

