Rosjanie prawie pół roku po katastrofie smoleńskiej łaskawie zgodzili się na wejście polskich śledczych i archeologów na miejsce tragedii i zbadanie tego terenu. Ruch strony rosyjskiej wydaje się być typowym dla taktyków Kremla sposobem na uciszenie Polaków. Bowiem na miejscu katastrofy prawdopodobnie polscy eksperci nie znajdą nic oprócz ludzkich szczątek ofiar tragedii z 10 kwietnia. Rosjanie już na kilka dni po masakrze smoleńskiej pocięli polski samolot, zaorali ziemię, na której rozbił się Tupolew, i wycięli w pień lasek, w którym doszło do wypadku. Zniknęła również brzoza, która – według oficjalnych doniesień – miała spowodować odcięcie lewego skrzydła polskiej maszyny.
Dlaczego dopiero teraz Rosja zgodziła się na wyjazd polskich archeologów? Przecież polscy eksperci zgłaszali chęć i gotowość do zbadania terenu od miesięcy. Rządcy Kremla musieli zdaje się najpierw coś uprzątnąć, zanim wpuszczą na teren kogoś, nad kim nie mają zupełnej kontroli. Niewykluczone również, że Putin postanowił obecnie poratować polskiego premiera, którego zaniechania w całej sprawie gorszą coraz większą część Polaków. A zaniechania te są tak wielkie, że powinny bić po oczach nawet wyznawców PO.
Wtorkowe oświadczenia, że polscy i rosyjscy śledczy zajmujący się katastrofą smoleńską zakończyli zbieranie materiałów, to otwarte przyznanie, że polskie społeczeństwo ma się za idiotów. Przecież polska strona wciąż nie posiada protokołów z sekcji zwłok, nie przesłuchano jednego z kontrolerów służących 10 kwietnia w smoleńskiej wieży kontrolnej, nie ustalono, z kim kontrolerzy kontaktowali się w Moskwie ws. pozwolenia na lądowanie polskiego prezydenta, w jakim stanie byli żołnierze w wieży, czy na lotnisko został wpuszczony BOR, ani co nad lotniskiem w Smoleńsku robił rosyjski wojskowy Ił. To tylko część pytań, na które powinna jeszcze odpowiedzieć strona rosyjska. Tymczasem ona zamyka postępowanie i - jak zaznaczają przedstawiciele MAK - zaczyna pisać raport końcowy ze swoich prac. Jego wydźwięk zdaje się łatwy do przewidzenia, skoro piszą go przyjaciele Władimira Putina, który odpowiedziami na pytanie o przyczyny tragedii sypał już 10 kwietnia.
Niestety, dzięki oddaniu śledztwa Rosjanom Polska wciąż nie dysponuje wiedzą niezwykle potrzebną do wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Nie wiadomo, jakie są wyniki autopsji ofiar katastrofy, jakie były przyczyny ich śmierci, kto badał zwłoki, czy identyfikacje zostały przeprowadzone rzetelnie. Polscy śledczy nie wiedzą również, co działo się z polskim samolotem, czy domniemana ścięta brzoza nie była betonowa, jakie środki chemiczne można znaleźć na powierzchni wraku niszczejącego w Smoleńsku. Takich ekspertyz nie przeprowadziła polska prokuratura, bo jej na to Putin z Tuskiem nie pozwolili. Wątpliwe również, by rosyjscy śledczy przykładali do nich wielką wagę, sokoro od samego początku powtarzają, że wypadek to wina pilotów. Prawdopodobnie więc niedługo dowiemy się, że katastrofa to wynik złej pogody, błędów pilota i nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. A w ramach pocieszenia polscy archeolodzy znajdą kilka fragmentów ciał Polaków, którzy zginęli w tajemniczym wypadku lotniczym. Wypadku, który coraz mniej przypomina wypadek...
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

