Dzięki działalności zespołu kierowanego przez Antoniego Macierewicza i śledztwom części polskich mediów opinia publiczna w Polsce dowiaduje się o kolejnych skandalicznych decyzjach władz dotyczących śledztwa smoleńskiego. Okazuje się, że zdaniem Edmunda Klicha ktoś przeżył katastrofę smoleńską, że z Polski rządowy Tupolew mógł wylecieć zepsuty, że BOR zlekceważył zabezpieczenie lotniska, na którym lądował polski prezydent. Dziś natomiast "Nasz Dziennik" opisuje kolejną skandaliczną decyzję szefa MSWiA Jerzego Millera. W maju – gdy rosyjscy śledczy mówili o winie pilotów i złej pogodzie, jako przyczynach katastrofy – minister, szef komisji badającej tragedię podpisał oświadczenie, że Polska nie zgłasza pretensji dotyczących wstępnych ocen MAK związanych z katastrofą. Jego podpis widnieje pod oświadczeniem, że "wstępne opracowanie informacji dotyczącej lotu wykonano w MAK i w Rzeczypospolitej Polskiej wspólnie przez ekspertów rosyjskich i polskich i nie budzi ono niejednoznacznych interpretacji i konkluzji". Choć od podpisania dokumentu minęło już prawie pół roku, polskie władze nie poinformowały o nim opinii publicznej. Zapewne ze strachu, bowiem w świetle doniesień części polskich mediów minister mógłby zostać starty na proch.
Podpisanie oświadczenia pokazuje kolejny raz, że polski rząd od początku nie przykładał żadnej wagi do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Przed wylotem delegacji z Lechem Kaczyńskim na czele rządowi nie zależało na życiu Prezydenta RP, po tragedii nie zależy mu na wyjaśnieniu okoliczności jego śmierci. Po co się nim zajmować, nie trzeba przecież już wzywać do "patroszenia prezydenta", a prezydent już nie jest "mały". Nie będzie już bruździł, więc i nawet mówić "były prezydent Lech Kaczyński" publicznie nie ma sensu.
Dowodów na łamanie przez rząd wszelkich zasad ws. Smoleńska, okłamywanie polskiej opinii publicznej, ukrywanie niewygodnych faktów jest tak wiele, że nie sposób ich wymienić. Jednak media zdają się nimi nie przejmować. Nie obchodzi ich to, że zlekceważono ostrzeżenia o zagrożeniu atakiem terrorystycznym, że nie dokonano rekonesansu na lotnisku w Smoleńsku, że samolot podstawiony przez polski rząd był niesprawny, że polskim pilotom zapewniono nieaktualne dane o lotnisku, że lekceważy się zeznania świadków, którzy słyszeli przed katastrofą trzy wybuchy, a jeden z nich widział, że brzoza nie wpłynęła na kierunek lotu Tu-154, że polski rząd zgodził się oddać czarne skrzynki do dyspozycji MAK, że polscy śledczy zgodzili się na przyjęcie trzech wstępnych przyczyn katastrofy smoleńskiej: wady techniczne samolotu, zła pogoda, błędy pilotów lub załogi naziemnej lotniska. To wszystko większości polskich mediów zupełnie nie obchodzi. Zamiast opisywać skandaliczne przykłady działań polskich urzędników, które w każdym normalnym państwie zakończyłyby ich życie publiczne, wolą zajmować się zupełnie innymi sprawami, najlepiej dotyczącymi "skandalicznych" wypowiedzi polityków opozycji.
O tym, że środowisko dziennikarskie funkcjonuje źle, powiedziano już wiele. Jednak jego stosunek do katastrofy smoleńskiej i sposób opisywania rządowych działań w tej sprawie oznacza, że większość mediów nienawidzi polskiego państwa i społeczeństwa. Wciąż wspierają polityków, którzy sprzedają Polskę i ukrywają przed opinią publiczną prawdę o najważniejszej dla kraju katastrofie. Czynią to dla własnych politycznych korzyści, lub ze strachu, że ten, kto trzyma ich za jaja, zaciśnie żelazną rękę...
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

