W czasie naszego pobytu w Rzymie, papież przebywał w swojej rezydencji Castel Gandolfo. Dzięki znajomym z polskiego konsulatu przy Watykanie udało nam się wziąć udział w kameralnej audiencji u Ojca Świętego. Pojechaliśmy do papieskiej rezydencji. Tam uczestniczyliśmy we Mszy Świętej odprawianej przez Jana Pawła II. Brało w niej udział kilkadziesiąt osób. Przeważnie były to grupy pielgrzymów, którzy przybyli na spotkanie z papieżem. Po zakończonej Mszy, Jan Paweł II poszedł do swoich komnat, a pozostali na placu pielgrzymi szykowali się na spotkanie z Nim. Jan Paweł II pojawił się chwilę później. Podchodził do kolejnych grup, rozmawiał z nimi, modlił się i był.
Moja rodzina była jedną z kilku grup czekających na papieża. Podszedł więc również do nas. Jego obecność na wyciągnięcie ręki była czymś niezwykłym. Następca świętego Piotra stojący tuż obok nas. Bez ochroniarzy, bez zadęcia, bez barier. Człowiek kierujący Kościołem katolickim poświęcił nam Swój czas. Choć był już starszy i schorowany, choć był zmęczony, choć miał przyjemniejsze i ważniejsze rzeczy do robienia, w czasie swoich wakacji postanowił spotykać się z wiernymi. I był tylko dla nich.
Jego obecność, jego rozmowa z nami była czymś wspaniałym. Ojciec Święty był bowiem przez te kilkanaście minut tylko dla nas. Słuchał naszej historii, opowieści mojego ojca o nas, pytał skąd jesteśmy, ile mamy lat, co robimy, kim jesteśmy. Był skupiony na nas. Przyszedł do nas nie jako nasz pasterz, przywódca duchowy i drogowskaz, ale jako brat, chcący nas poznać. Dowiedzieć się jak najwięcej. Ten wielki człowiek, moralny autorytet dla wielu osób z całego świata chłoną naszą historię. I choć to nie możliwe, wyglądał jakby wszystkie takie historie chował gdzieś na trwałe w Swojej pamięci. Zachowywał się jakby spotkania z wiernymi były dla niego czymś bardzo cennym, jakby sprawiały mu przyjemność i budowały Go. To również był przejaw wielkości papieża Jana Pawła II. On doceniał i miłował ludzi.
Choć spotkanie z papieżem było czymś wspaniałym i zapamiętam je na całe życie, przez następne lata nie żyłem na co dzień nauką i osobą Jana Pawła II. Nie śledziłem – niestety - jego wystąpień, nie badałem homilii, nie czytałem jego naukowych dzieł. Jednak gdzieś w sercu zawsze czułem przywiązanie do papieża, którego dane mi było osobiście spotkać w mym życiu. Jak wiele znaczyła dla mnie Ta postać uzmysłowiłem sobie dopiero, gdy papież umarł. Gdy Ojciec Święty odszedł do Ojca, miałem dyżur w pracy. Jego ostatnie chwile śledziłem na bieżąco. Choć w kwietniu 2005 roku wszyscy wiedzieli, że papież odchodzi, ta wiadomość była jak grom z jasnego nieba. Ojciec Święty Jan Paweł II umarł...
Nie zapomnę nigdy czasu po śmierci papieża. Przez kilka tygodni czułem się, jakbym oglądał świat przez szybę. Czułem, jakbym stracił bardzo bliską mi osobę, członka rodziny. Przez cały czas ogarniało mnie poczucie pustki w sercu i głębokiego ludzkiego smutki związanego z żałobą. Czułem, że część mnie umarła. Ten czas się skończył, żałoba minęła. Jednak emocje, które obudziła we mnie śmierć Jana Pawła II, pokazały mi bardzo jasno, że papież był dla mnie kimś ważnym i obecnym w moim życiu, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy i nie poświęciłem mu za Jego życia odpowiednio dużo czasu... Nie poświęciłem mu czasu, który On znalazł dla mnie.
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

