26 marca mija 66. rocznica podjęcia przez Rząd Tymczasowy uchwały nakazującej ministrowi bezpieczeństwa publicznego Stanisławowi Radkiewiczowi sformować Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. KBW zajmowało się głównie zwalczaniem antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. Wspomniana data jest pretekstem do zastanowienia się nad rozrachunkiem Polaków z epoką komunizmu.
Nie chodzi bynajmniej o dogłębne analizy prawne, czy słuszna jest linia orzecznictwa, według której III RP jest kontynuatorką PRL (który, zdaniem Trybunału Konstytucyjnego, był legalnym państwem), ale o kwestię naszej świadomości. Czy Polacy, a szczególnie młode pokolenie, zdają sobie sprawę, że przez kilkadziesiąt lat mieliśmy do czynienia z okupacją?
"Edukacja, głupcze..."
Ostatnie oddziały wojsk radzieckich opuściły nasz kraj dopiero w 1993 roku. Mimo to przez lata podręczniki historyczne, również te, z których uczyłem się już w „demokratycznym państwie prawa”, nie traktowały Polski Ludowej jako państwa, w którym przetrącono kręgosłup moralny narodu. Pamiętam, że gdy brałem udział w debacie radiowej poświęconej „Żołnierzom Wyklętym”, młody prowadzący powiedział: „Kurczę, dlaczego o tym nie uczą w szkołach?”. To prawda. Dopiero wkraczając w dorosłość dowiedziałem się o antykomunistycznym powstaniu polskiego podziemia po 1945 roku. Książki, lansowane na lekcjach historii w podstawówce, gimnazjum czy szkole średniej nie omawiały działań takich organizacji jak WiN, NSZ, NZW. Wojna zakończyła się w 1945 roku. Przyszedł 1968 rok, kiedy bohaterscy „komandosi” jako pierwsi sprzeciwili się władzy ludowej, po drodze zdawkowe informacje o „wydarzeniach na Wybrzeżu”, wzmianka o stanie wojennym i nowa świetlana przyszłość, której symbolem był Okrągły Stół. Tak w telegraficznym skrócie można przedstawić rodzimą edukację historyczną, którą przez lata była karmiona młodzież.

Zarówno ja, jak i moi rówieśnicy (symboliczny rocznik 1989) nie mieliśmy okazji słuchać na lekcjach historii o katowniach UB po wojnie, o tym, że wspominani przez starsze osoby „bandyci” stanowili potężną siatkę konspiracyjną, zaprawioną w bojach przeciwko niemieckiemu okupantowi. Stan Wojenny był przedstawiony jako smutny przypadek, podczas którego zginęło kilku górników. Oczywiście nie słyszeliśmy o skrytobójczo zamordowanych działaczach czy kapłanach, również po oficjalnym zakończeniu krwawego „show” pewnego „człowieka honoru”, ochoczo udzielającego wywiadów m.in. dla plotkarskiego pisemka „Gala”.
Tym sposobem we wszelkich „rankingach na autorytety” czołowe miejsca zajmuje Jakub Wojewódzki, który w ramach bycia „trendy” znieważył polską flagę i kłaniał się w pas rzecznikowi komunistycznego rządu Jerzemu Urbanowi. Ten ostatni również jest ciekawym przypadkiem na naszym rodzimym gruncie. Człowiek, który żyje z opluwania innych i promocji intelektualnej pornografii, jest stałym bywalcem salonów, postrzeganym jako pocieszny dziadek mówiący śmieszne rzeczy. Ta skaza nie ominęła również niektórych niszowych środowisk prawicowych, które z niewiadomych przyczyn upodobały sobie kult Wojciecha Jaruzelskiego jako „katechona”, broniącego Ładu przed rewoltą demoliberalnego KOR-u. I nic to, że jego reżim ma na koncie morderstwa, w tym katolickich duchownych, grunt, że złapał za pysk rozwrzeszczany motłoch.
Patriotyzm jest "be", komunizm - ok?
Właśnie brak rzetelnej edukacji, faszerowanie ludzi popkulturą z wyraźnym skrętem w lewo, sprawiły, że Polacy nie mają w sobie wyrobionej antykomunistycznej wrażliwości, co prof. Jacek Bartyzel w rozmowie ze mną określił mianem „zagrożenia stanem amnezji”. Dziś każdy (bardzo słusznie zresztą) ze wstrętem reaguje na swastykę namalowaną na miejskim murze, ale czy większość osób z podobnym obrzydzeniem spojrzy na Czerwoną Gwiazdę, Sierp i Młot czy napis CCCP? Sądząc po liczbie t-shirtów ze wspomnianymi ornamentami, śmiem wątpić. Niewiele dała też nowelizacja Kodeksu Karnego, według której "produkcja, utrwalanie, nabywanie, przechowywanie, przesyłanie, wreszcie posiadanie i prezentowanie druków, nagrań lub innych przedmiotów będących nośnikiem nie tylko symboliki faszystowskiej, ale również komunistycznej lub innej totalitarnej, w celu ich rozpowszechniania, jest przestępstwem zagrożonym do dwóch lat więzienia" (art. 256 Kodeksu Karnego).

„Che” Guevary na koszulach jest być może mniej, ale półgłówków obnoszących się z oznakami ZSRR wciąż możemy spotkać na ulicach. Jak widać instytucjonalne zakazy nie są w stanie wyrobić w ludziach pewnych wzorców zachowań. Wystarczy przypomnieć art. 13 Konstytucji RP, który zakazuje istnienia partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w programach do totalitarnych metod i praktyk nazizmu, faszyzmu i komunizmu. Chociaż Konstytucja jest najwyższym prawem, nikt nie przejmował się wspomnianym artykułem, a nowelizacja Kodeksu Karnego została wprowadzona dopiero po 13 latach…
Rozmaite „autorytety”, którym często z kieszeni wystaje stara legitymacja PZPR, na samo słowo „patriotyzm” dostają gęsiej skórki, o czym pisała niedawno Marta Brzezińska w swoim tekście „Nie idźmy tą drogą!”. Natomiast nie jest w złym tonie odnieść się do symboliki komunistycznej. Raz po raz możemy spotkać jakiegoś zawodowo „kontrowersyjnego” artystę, który lubi zaznaczyć swoją „dogmatyczną lewicowość” (czytaj: komunistyczne fascynacje). Młodzieniec, który odwołuje się do Lenina czy Marksa, nie jest traktowany jako niebezpieczne ekstremum, ale młody idealista, w najgorszym razie wariat. Nigdy jako zagrożenie, tak jak w przypadku kretynów krzyczących „Sieg heil!”.
"Rój" zamiast "Che"
Gdy nawalił system edukacji, a prawo nie jest w stanie zmienić pewnego toposu zachowań, jedynym wyjściem wydaje się popkultura. Zamiast psioczyć na lewackie przesłanie filmów, muzyki - twórzmy swoją sztukę. Parafrazując Ziemkiewicza, nie palmy lewackiego salonu, twórzmy własny. Potrzebujemy dzieł opiewających antykomunistyczne powstanie: dobrej muzyki (świetnym przykładem jest zespół De Press), ciekawych filmów (gorąco kibicuję obrazowi Jerzego Zalewskiego „Historia Roja”) czy odbudowania patriotycznej literatury. Nie trzeba daleko szukać dowodów na wspomnianą receptę. Tuż po przedpremierowym pokazie ekranizacji losów st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza, na popularnym YouTube powstało wiele klipów, które stanowią krótkie fragmenty filmu z rockowym podkładem muzycznym.

Być może sprawi to, że Polacy nie przejdą obojętnie obok posługiwania się symboliką komunistyczną. Zamiast kreślić wizerunek wiecznie zniewolonej Polski, trzeba ukazać postacie z krwi i kości, które rozpoczęły swój danse macabre w obronie Wiary i Ojczyzny. Postacie, które zdobędą serca młodych widzów.
Niedawno, idąc przez miasteczko uniwersyteckie, zobaczyłem na murze poster, zapraszający na imprezę w lokalu o nazwie „Moskwa” z wyraźnie wyeksponowaną Czerwoną Gwiazdą. Skrzywiłem się i poszedłem dalej. Nagle przypomniały mi się zdjęcia zamordowanych partyzantów Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Ludzi w moim wieku, którzy - mówiąc Sikorą - chcieli, bym „Polskę widział tu, a nie z oddali”. Cofnąłem się i z obrzydzeniem zerwałem plakat. Przynajmniej mogę spojrzeć w lustro.
Aleksander Majewski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

