Nałęcz w wywiadzie dla "Super Expressu", powiedział, że po śmierci Jadwigi Kaczyńskiej prezes PiS może stać się jeszcze bardziej radykalny: "Niewykluczone, że będzie jeszcze bardziej pełnym bólu odyńcem szarżującym jeszcze mocniej na różne barykady" i dalej: "Jarosław Kaczyński przypomina trochę takiego mściciela z XIX-wiecznych powieści o Indianach. Tak sobie tłumaczę jego skrajne sądy ws. Smoleńska. To osamotnienie w wyniku braku najbliższej osoby może jeszcze jego radykalizm wzmocnić".
Dwa dni po śmierci Jadwigi Kaczyńskiej taka analiza sytuacji życiowej Jarosława Kaczyńskiego nie powinna mieć w ogóle miejsca. Wymaga tego szacunek do przeżywania tragedii. Starając się przenieść tragedię rodzinną Prezesa PiS na jego potencjalne polityczne ruchy przypomina nam zachowanie Palikota i jego patologiczną fascynację poniżania drugiego człowieka. Widać Nałęcz (nawet nie chce się pisać profesor) pobiera nauki od swojego kolegi.
Po tych słowach Nałęcz od razu na antenie RMF FM niezdarnie starał się wyjaśnić, że trochę przeholował. Tłumaczył, że zbyt wcześnie dał się namówić na komentarz. Najbardziej przerażające jest to, że nie wycofał się z poprzednich wypowiedzi odnośnie wpływu śmierci Jadwigi Kaczyńskiej na polityczną karierę jej syna: "Niepotrzebnie dałem się namówić na komentarz polityczny w obliczu śmierci, oczywiście. Jeśli chodzi o aspekt polityczny tej oceny, to bym jej nie zmienił. Natomiast niepotrzebnie ją wypowiedziałem. Za wcześnie".
Cóż, zostaje napisać, że Nałęcz to patologiczny przykład schamienia obyczajów rządzących.
sm/RMF FM
