Fronda.pl: Rola Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” to Twój debiut filmowy – i od razu jest to rola pierwszoplanowa. Jak do tego doszło?

Krzysztof Zalewski*: Jerzy Zalewski zadzwonił do mnie i zapytał się, czy chcę zagrać w jego filmie. Odpowiedziałem mu, że nie umiem tego robić, ale przekonał mnie do tego, by spróbować. Zawarłem z nim jedynie umowę, że jeśli zobaczy, iż sobie nie radzę i robię z siebie durnia, to mnie zwolni i ja się nie obrażę.

Nosicie to samo nazwisko. To zbieg okoliczności?

Absolutnie. Jak otworzysz książkę telefoniczną, to zobaczysz, że Zalewskich jest jak psów. Nawet to sprawdzaliśmy – nie ma szans na pokrewieństwo.

Dlaczego zgodziłeś się zagrać „zaplutego karła reakcji”?

Dlatego, że dostałem taką propozycję. Co byś zrobił, gdyby ktoś do ciebie zadzwonił z propozycją zagrania głównej roli w dużym filmie fabularnym? Trzeba brać z życia to, co daje – była okazja na przeżycie przygody, której nie miałem okazji przeżyć wcześniej. Chciałem też sprawdzić, jak podołam takiej roli. Nie wiążę swojej przyszłości z aktorstwem, bo jestem muzykiem, ale taka przygoda rozszerza horyzonty.

Wiedziałeś wcześniej coś na temat postaci, którą zagrałeś?

Nie. O samym „Roju” nic wcześniej nie słyszałem. Nie interesowałem się tematem „żołnierzy wyklętych” na tyle, by studiować losy poszczególnych postaci.

Co wydało Ci się ciekawe w postaci, którą miałeś ukazać?

Gdy przeczytałem scenariusz, który mi się bardzo spodobał – czyta się go jak powieść sensacyjną, jest w nim miłość i zdrada, bohaterowie znajdują się w sytuacji, w której bez względu na to, co zrobią i tak czeka ich klęska – myślałem, że dostanę do zagrania jakąś rolę epizodyczną. Jednak Jerzy chciał, bym zagrał „Roja”. On akurat najmniej mi się w scenariuszu podobał. Wyszomirski wydawał mi się ciekawszą postacią, bardziej krwistą, prawdziwą. „Rój” wchodzi w buty swego starszego brata i robi to, co należy. Tam nie ma konfliktu psychologicznego, nie mocuje się ze sobą. Od pierwszej akcji, podczas której zabija radzieckich żołnierzy, którzy zabili mu brata, wiadomo, że i tak jest skazany na śmierć i nie ma co się cofać. Poza tym denerwował mnie – lekko bezczelny małolat, któremu wydaje się, że rozumie świat lepiej, niż inni.

„Rój” był dość niesubordynowanym podwładnym.

W filmie jest scena z legendarnym przywódcą NSZ na Mazowszu, „Młotem”. W 1947 roku postanowił rozwiązać oddziały, ponieważ ze strony władzy wyszła propozycja amnestii – że ci, którzy się ujawnią, pójdą do więzienia, ale daruje im się karę śmierci. „Młot” się na to złapał i nie nakazał żołnierzom wychodzić z lasu, ale im tego też nie zabronił. To się „Rojowi” nie podobało. W filmie pojawi się, mam nadzieję, dramatyczna scena konfrontacji, w której „Rój” wyrzuca „Młotowi”, granemu przez Mariusza Bonaszewskiego, swoje pretensje.

Gdy zginął, był właściwie Twoim rówieśnikiem.

Był nawet młodszy. To smutne – ten film powstał także po to, byśmy pamiętali o takich ludziach, którzy nie mieli takich możliwości, jakie mamy teraz. Dziś nikt nie przyjdzie nam do domu i nie wywróci nam go do góry nogami. Jedyna ich wina polegała na tym, że przyszło im żyć w złym miejscu i czasie. Jeśli nie chciało się brać udziału w tym aparacie represji, można było albo zacisnąć zęby i przeczekać, albo wziąć za karabin i straceńczo iść do lasu, by przed śmiercią zadać swym znienawidzonym wrogom jeszcze kilka bolesnych ciosów. Może na początku roił sobie, że wybuchnie III wojna światowa, że jeszcze Polskę da się wygrać, ale potem doszedł do wniosku, że koniec końców i tak przegra. Wygrał o tyle, że teraz o nim rozmawiamy.

Jak przygotowywałeś się do tej roli?

Trochę zagłębiłem się w temat. Jerzy drąży go od wielu lat, dał nam też swoje materiały. Oglądałem na przykład wywiady z partyzantami, którzy przeżyli. Poza tym ciekawe było przygotowanie militarne - Jerzy wysyłał nas na zgrupowania parawojskowe, na których prawdziwi żołnierze rzucali w nas petardami, a my z karabinami brodziliśmy przez śnieg i uczyliśmy się, jak szturmować budynki. Było dość zabawnie.

W czasach komunistycznych „żołnierze wyklęci” byli przedstawiani albo jako „zaplute karły reakcji”, albo jako bezsensowni straceńcy, którzy giną gdzieś na śmietniku. Jak przedstawia ich „Historia Roja”?

To zwykli młodzi chłopcy, jak ty i ja, tylko postawieni w absolutnie ekstremalnej sytuacji. Z pewnością na ich postawy składa się pewnie nieco inne wychowanie, niż jest aplikowane młodym ludziom dziś. Trudno dziwić się chłopu, któremu na jego oczach zamordowano rodzinę, że idzie się mścić, nawet jeśli zdaje sobie sprawę z tego, że prędzej czy później zginie. Ze scenariusza wynika, że jednemu zgwałcili siostrę, drugiemu zabili ojca, „Rojowi” brata – trudno im się dziwić.

Ten film to odpowiedź na „Popiół i diament”?

Musiałbyś się zapytać Jerzego. Mi się „Popiół i diament” bardzo podoba – może dlatego, że jestem rocznik 1984 i komuna mnie właściwie kompletnie ominęła. Gdy rozmawiałem z Jerzym o tym filmie, jego główny zarzut był taki, że komunista, którego zabił Cybulski, to wrażliwy człowiek. Być może dlatego, że pałą dostałem od policjantów dopiero w naszym pięknym, kapitalistycznym kraju i w żaden sposób nie dotknął mnie komunistyczny aparat represji, nie jestem aż tak radykalny w poglądach, jak Jerzy. Mnie te zarzuty w ogóle nie rażą, gdy oglądam ten film.

Jerzy Zalewski kręcił „Historię Roja” dla upamiętnienia ludzi, których bardzo ceni. Też tak do tego podchodziłeś?

Tak się składa, że w mojej rodzinie, szczególnie od strony ojca, wszyscy byli w Armii Krajowej. Mój ojciec ma ambiwalentny stosunek do NSZ, ale to nie ma znaczenia w tym filmie. Oddział „Roja” chciał walczyć z radzieckim okupantem, przesłanki polityczne nie mają w naszym filmie większego znaczenia. Może być on więc odczytywany jako hołd złożony wszystkim „żołnierzom wyklętym”, niezależnie od tego, do jakiego ugrupowania należeli.

Masz swoje zdanie na temat Narodowych Sił Zbrojnych, które były oddziałami o dość silnej, endeckiej ideologii?

Nie – mój ojciec ma 75 lat, ma prawo do swojej opinii. Nie studiowałem wnikliwie decyzji dowództwa NSZ, więc nie ma sensu, bym wyrażał swoje opinie. Widzę w nich ludzi, którzy oddali życie w imię honoru. Oddaję im hołd i szacunek, ale więcej nic nie mogę na ich temat powiedzieć.

Gra w „Historii Roja” wpłynęła na twój odbiór tematyki, którą porusza?

Z pewnością zmusiła do zastanowienia, jak ja bym się zachował w podobnej sytuacji. Przerażające jest to, że nie wiem. Nie wiem, czy walczyłbym w obronie sprawy, która jest tego warta, wiedząc, że i tak muszę ponieść klęskę. Młodzi ludzie martwią się dziś tym, z kim pójść na drinka w piątek wieczorem, a wówczas stawali przed monstrualnymi problemami. Pamiętam, jak kręciliśmy ostatnią scenę, w której „Rój” siedzi ze swoim przyjacielem „Mazurem” i piją wódkę. Wiedzą, że zaraz przyjdzie tona wojska i ich zabije. Szczególnie do tej sceny robiliśmy dużo prób. Długo potem dochodziłem do siebie – może dlatego, że nie jestem zawodowym aktorem i nie potrafię włożyć maski i ją zaraz zdjąć.

Na szczęście na razie nie masz tego typu problemów. Jesteś przede wszystkim muzykiem, grasz na koncertach z Hey, Kasią Nosowską, a także w zespole Japoto. To coś zupełnie innego, niż to, co grałeś na swojej pierwszej płycie solowej.

Słucham i gram różną muzykę. Japoto to zespół Damiana Pielki, który gra z Lechem Janerką. To jego muzyka, jedynie jego teksty sprytnie kolega przetłumaczył na angielski. Ja tam wszedłem na zasadzie gościnnej, bo nie miał kto dla nich śpiewać. Teraz z nimi komponuję – siedzę bardziej w tradycji rockowej, więc jeśli dojdzie do wydania drugiej płyty Japoto, to będzie miała ostrzejszy pazur, niż pierwsza. Ale traktuję to jako działalność poboczną. Oprócz tego gram także z Budyniem, moim zdaniem największym poetą od czasów Mickiewicza :), choć mu jest na pewno bliżej do „Krytyki Politycznej”, więc pewnie nie ma zbyt wielu fanów we „Frondzie”. Wracając do Budynia, zdarza nam się pisać wspólnie muzykę – czy to do sztuki teatralnej, czy do filmu.

A Tobie bliżej do „Krytyki Politycznej”, czy do „Frondy”?

Gdzieś pośrodku. W żadną ze stron nie można się zapędzić, bo tracisz dystans. W niektórych sprawach na pewno mi bliżej do „Frondy”, a z drugiej do „Krytyki Politycznej”, której fanem nie jestem. To jak z polityką – jedyny koleś, którego poglądów w połowie nie podzielam, ale mogę na niego zagłosować, co zresztą robię, to Janusz Korwin-Mikke, bo przynajmniej się nie sprzedał.

Twoja ostatnia solowa płyta ukazała się w 2004 roku.

W marcu kończę pracę nad moją nową płytą. Od paru lat piszę piosenki do szuflady, mamy już nagrane bębny i część klawiszy, w marcu dogramy gitarę, bas i wokale i będziemy miksować.

Wydasz ją pod szyldem Zalef?

Nie wiem, czy to świetna nazwa. To moja własna płyta, nie ma większego znaczenia, pod jakim szyldem ją wydam.

Jaka muzyka znajdzie się na twojej nowej płycie?

Frank Zappa powiedział kiedyś, że mówić o muzyce, to jak tańczyć o architekturze. Trudno mi powiedzieć – napisałem parę ballad, parę bardziej zadziornych rzeczy. To będzie trochę dziwne. Nie wiem, do czego mógłbym to porównać – na pewno nie będzie miało wiele wspólnego z tym, co nagrałem na pierwszej płycie, ale na pewno też niewiele z tym, co mogłeś słyszeć u Japoto.

To może inaczej, bo ciężko mi sobie wyobrazić, co się na tej płycie znajdzie. Co Cię obecnie inspiruje muzycznie?

Na biurku leżą płyty, których słuchałem ostatnio: Michael Jackson, Sepultura, Queen, The Beatles, The Fugees, David Bowie, Nine Inch Nails, Talking Heads, Ray Charles, Soundgarden, Pantera, Brazilian Girls – absolutny stylistyczny misz masz. Pewnie płyta będzie jakąś tego wypadkową. Na pewno nie będzie to płyta metalurgiczna, ale też nie zupełnie popowa.

Rozmawiał Stefan Sękowski.

* Krzysztof Zalewski – muzyk, zwycięzca drugiej edycji programu „Idol” (2003). Jako Zalef wydał w 2004 roku płytę „Pistolet”. Zagrał rolę Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” w filmie „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać”, który wejdzie na ekrany polskich kin we wrześniu.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »