I tak rzeczywiście jest. W swoim poniedziałkowych felietonie w „GW” Żakowski przedstawia narrację, wedle której nic się nie stało. Kłamstwa i łamanie konstytucji nie są przecież problemem, gdy chodzi o dobro najwyższe jakim jest utrzymanie władzy i niedopuszczenie do niej PiS. I on to pisze niemal wprost. „Sorry, ale się nie wzmogę. Chwilowo nie mogę towarzyszyć histeryzującym mediom w trąbieniu larum i rewolucyjnych żądaniach. Może się przyłączę, ale muszę mieć lepsze powody. Zbyt wysoką cenę zapłaciliśmy za aferę Rywina, gruntową, węglową, paliwową itd., żeby lekkomyślnie wracać na tę drogę. Za dużo nas IV RP nauczyła, zmęczyła, kosztowała, żebyśmy znów dawali się złapać na jej stare numer” - oznajmia Żakowski.

A chwilę potem oznajmia, że problemem jest język, ale nie treść. „To wszystko już przecież było. Dwie ważne osoby rozmawiają przekonane, że nikt ich nie słucha. A mikrofon słucha, by mogli usłyszeć wszyscy. Duzi chłopcy skracają dystans obcości, poglądów i interesów, udając gimnazjalistów omawiających prywatkę i planujących wagary. Nie starcza im wyobraźni, by rozumieć, jak bulwersująco ten język płynący z ust "Pana Premiera", "Pana Ministra" itp. może zabrzmieć w uszach zwykłych ludzi. Gdy ktoś go do milionów uszu dostarcza, wszyscy jesteśmy w szoku. Szok sprawia, że każde padające w takiej rozmowie słowo jest interpretowane na niekorzyść rozmówców. Wybucha polityczne piekło” - przekonuje.

Dalej są sugestie, by nie ulegać histerii, a nawet wskazuje, że gdyby nie język byłaby to budująca rozmowa dwóch zatroskanych o Polskę polityków. „Minister sonduje, czy szef NBP zrobi to, co w kryzysie robią banki centralne na Zachodzie. Czy zastosuje legalny wybieg pozwalający przejściowo finansować deficyt? Chodzi zapewne o zgodę na większy udział obligacji w obowiązkowych rezerwach i depozytach banków w NBP. Pozwoliłoby to utrzymać w ryzach cenę długu publicnzego. Wszyscy mamy w tym interes. Alternatywą są doraźne cięcia lub podwyżka podatków. Nie ma nic złego w tym, że ultrakonserwatywny NBP chwilowo się rozluźni, by podtrzymać realną gospodarkę i zmniejszyć ból kryzysu” - podkreśla. „Nikt nikogo nie straszy ani nie przekupuje. Żadne osobiste korzyści nie wchodzą w grę, choć rozmówcy są pewni, iż rozmowa zostanie w czterech ścianach. Nawet najbardziej nagłośnione zdanie ministra Sienkiewicza o słabości państwa się broni. PiS idzie dużo dalej w ocenie problemów konstytucyjnych. Gdyby nie infantylny język i idiotyczne plotkarstwo, byłaby to budująca rozmowa polityków poważnie martwiących się o państwo i gospodarkę” - wnioskuje.

I jakoś nie mam wątpliwości, że ta interpretacja niebawem stanie się obowiązującą. A że jest bez sensu? Cóż, gdy rządowi grunt pali się pod nogami prorządowi propagandyści nie mogą przejmować się zdrowym rozsądkiem.

TPT/Gazeta.pl