„Z całego mojego redakcyjnego doświadczenia wynika, że taka publikacja nigdy nie jest dziełem jednego autora. Taki tekst czyta, ocenia, poprawia, akceptuje wiele osób. Naczelni, sekretarze redakcji, kierownicy, dyżurni redaktorzy. Wszyscy oni musieli czynnie albo biernie ten tekst zaakceptować. Jeżeli więc Gmyz rzeczywiście zasłużył na zwolnienie, to z całą pewnością nie tylko on jeden. Autor być może popełnił kardynalny błąd, a nawet coś gorszego, ale po to właśnie wydawcy utrzymują wieloszczeblowe redakcje, żeby takie błędy wychwycić i je korygować, zanim tekst trafi do druku. Nie był to więc tylko błąd Cezarego Gmyza, ani nawet Gmyza i Tomasza Wróblewskiego, który jako naczelny podjął ostateczną decyzję. Był to błąd systemu, niewydolnych redakcyjnych procedur” - oznajmia Żakowski.

 

A kto ponosi winę za owe procedury? Oczywiście konserwatywni publicyści. „Druga - kulturowa - wynika ze specyfiki środowiska, które - mimo zmiany właściciela - od lat dominuje na politycznych stronach "Rzeczpospolitej" i ma silną pozycję nie tylko w tzw. prawicowych mediach. Pod prawicowym, konserwatywnym, patriotycznym szyldem uformowała się bowiem grupa publicystów od dwóch dekad obsesyjnie starających się wmówić odbiorcom, że żyjemy w państwie opanowanym przez jakiś potworny spisek - magdalenki, układ, sekty, czerwone pajęczyny. Istnienie spisku jest dla tej grupy bezsporne. Wciąż jednak nie ma Graala, który by stanowił ostateczny dowód. Gmyz (podobnie jak wcześniej Bronisław Wildstein i kilka innych osób) dostarczył tego wymarzonego Graala. Nic więc dziwnego, że jego artykuł przyjęto z entuzjazmem i nadano mu najwyższą rangę. Żadna redakcja - wolna od takiej dramatycznej tęsknoty za Graalem Wielkiego Spisku - tekstu Gmyza by nie opublikowała w takiej formie i bez precyzyjnego sprawdzenia” - przekonuje Żakowski.

 

A na koniec czas na wnioski. „Kolejny upadek Graala pokazuje wyzwanie, przed którym stoi nie tyle zarząd i rada nadzorcza Presspubliki, co tożsamość "Rzeczpospolitrej" jako pisma. Bo dziennikarza łatwo jest wyrzucić, naczelnego można bez problemu zwolnić, procedury obowiązujące w redakcji można zawsze poprawić. Ale redakcyjna kultura i tożsamość pisma zmienia się z wielkim trudem. A historia z trotylem dobrze pokazuje, co "Rzeczpospolitej" grozi, jeśli takiej zmiany nie dokona” - stwierdza publicysta „Polityki”. Słowem panie Hajdarowicz, trzeba wypalić tych prawicowców żelazem... Żakowski czeka.

 

TPT/Polityka.pl