Jak poinformowała agencja Interfax, ponad 10 tys. żołnierzy wchodzących w skład jednostek Południowego Okręgu Wojskowego „przemaszeruje teraz do punktów swego stałego rozmieszczenia z terenu ćwiczeń połączonych poligonów wojskowych”.

Pod granicą z Ukrainą miała się zakończyć – cytując za Interfaxem - „faza harmonizacji bojowej oddziałów, brygad i batalionów w zmotoryzowanych formacjach strzeleckich, a także w jednostkach bojowych wszystkich rodzajów wojsk i wojsk specjalnych”.

Rosyjskie jednostki są wycofywane z obwodów rostowskiego, na Kubaniu i na Krymie, gdzie przez ponad miesiąc odbywały się na poligonach ćwiczenia.

Ćwiczenia wojsk rosyjskich odbywały się w obwodach rostowskim, astrachańskim i wołgogradzkim, w Kraju Stawropolskim i Krasnodarskim, w północnokaukaskich republikach autonomicznych. Manewry były prowadzone na Krymie oraz w rosyjskich bazach znajdujących się na terytorium Abchazji, Armenii oraz Osetii Południowej.

Jak podają rosyjskie media, taka sytuacja ma wynikać apelu Sekretarza Generalnego NATO Jensa Stoltenberga, który „zwrócił się do Moskwy o wycofanie wojsk z obszarów przy granicach z Ukrainą, by zmniejszyć tam napięcie przynajmniej w okresie świątecznym” – czytamy.

Cytowane są też słowa szefa Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej Walerija Gierasimowa, który zapewniał Stoltenberga odpowiadając na jego apel , że "Rosja nie ma agresywnych zamiarów".

Kików odnosi się do tej sprawy zupełnie odmienne. O 122 tys. rosyjskich żołnierzy znajdujących się w odległości ok. 200 km od granicy ukraińskiej oraz w promieniu 400 km - 143,5 tys. informował w środę Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy (RBNiO) Ołeksij Daniłow i określił tą sytuację jako „niepokojącą”.

Jak podkreślił, ewentualny atak Rosji na Ukrainę "nie może wydarzyć się (...) z dnia na dzień" i dlatego sytuacja jest stale monitorowana przez ukraińskie służby.

 

mp/pap/reuters