Wygląda na to, że najsilniejszą stroną filmu są nazwiska, która padają w trailerach. Tak, tylko w zapowiedziach, bo aktorzy tacy jak Daniel Olbrychski czy Borys Szyc praktycznie nie wypowiadają w wersji kinowej żadnych kwestii. Na konferencji prasowej etatowy aktor filmów Jerzego Hoffmana zapewniał, że w wersji serialowej dialogów będzie trochę więcej.

Tyle, że nawet dodatkowe kwestie Marcina Kazimierza Kątskiego nie są w stanie odwrócić uwagi od artystycznej cienizny filmu. Idziemy bowiem na filmową epopeję historyczną, a wracamy z odczuciem doświadczenia kinematograficznej hybrydy. Tak oto Kara Mustafa prowadzi ze swoim synem pogawędki rodem z „Króla Lwa” (podobno nie jestem osamotniony w swoich skojarzeniach), jeden z muzułmanów rozmawia ze swoją żoną niczym bohater ckliwego melodramatu (tłumaczy, że musi wybrać wiarę, a nie miłość, a potem jednak zmienia decyzję), Król Jan III Sobieski przygotowuje się do wyprawy, niczym Batman na ratunek Gotham, mizerne efekty specjalne przywołują na myśl animacje rodem ze „Shreka”, a – wyjęty żywcem z gry komputerowej – wilk przywołuje na myśl jakąś podłą podróbę filmów o „Harrym Potterze”. Natomiast transformacja zwierza w nieżyjącego pradziadka głównego bohatera, pozwala wrócić do dzieciństwa i godzin spędzanych na starych gierkach RPG…
Jak na produkcję telewizyjną, film można byłoby uznać za ciekawe kino przygodowe w baśniowej konwencji z historią w tle. Tym bardziej, że scenariusz jest adaptacją powieści. Ale, na miłość Boską, nie na historyczną superprodukcję na jaką od dawna czekali polscy widzowie, przygwożdżeni „artyzmem” późnego Hoffmana spod znaku „Starej Baśni” czy „Bitwy Warszawskiej”!
Oprócz samych błędów warsztatowych (pomijając już osławionego Białego Orła z 1927 r. czy krzyż Jana Pawła II), o mdłości przyprawiają naiwne dialogi, mnóstwo naciąganych wątków (wieloletnia znajomość Kary Mustafy i Marka z Aviano) i przerysowane postacie. Leopold w wykonaniu Adamczyka bardziej wpisuje się w schemat komedii kostiumowej, Jerzy Skolimowski bardziej przypomina Lecha Wałęsę z domieszką krwi tatarskiej, a nie Jana III Sobieskiego, a pobożnemu zakonnikowi niekiedy bliżej druida czy czarodzieja rodem z „Władcy Pierścieni”, niż katolickiego kapłana. Choć i tak postać kreowana przez Murraya Abrahama (znanego szerszej publiczności jako Salieri z „Amadeusza”) jest najjaśniejszą postacią obrazu Martinelliego.
Pozytywy? Z całą pewnością należy do nich wartka akcja, która, jak na film – po części - włoski, jest szybka niczym Usain Bolt, a także przesłanie filmu. Tak oto widzimy polskiego władcę, który niedoceniany przez dworskich cmokaczy z Europy Zachodniej, pokazuje,że Polak potrafi. I to jak! Inna sprawa, że sceny batalistyczne (tej „krwi 3D” nie zapomnę nigdy!) wyszły twórcom filmu wręcz karykaturalnie. I pomyśleć, że krytykowało się Hoffmana za „Ogniem i Mieczem”…
Równie mocno zostały zaakcentowane wątki religijne. Choć Marek z Aviano został przedstawiony jako człowiek otwarty i życzliwy wobec zwykłych muzułmanów, wielokrotnie podkreśla, że jedyną prawdziwą religią jest chrześcijaństwo i nieustannie napomina wiernych, domagających się cudów, że muszą się modlić i – przede wszystkim -bronić wiary oraz tradycji. Jak na produkcje z ostatnich lat, to ewenement.

Pytanie tylko, czy patriotyczno-katolicka apologia, w obliczu artystycznej cienizny, nie odbije się czkawką? Obawiam się, że szkolna dziatwa, spędzana przez swoich belfrów na pokazy filmu, spojrzy na wspomniane wartości z jeszcze większą awersją, a Martinelli , czyniąc ukłon w stronę Polaków, oddał im niedźwiedzią przysługę. Ale cóż… Jak dbamy, takk mamy. Skoro żaden polski reżyser nie pokusił się o ekranizację wiedeńskiej wiktorii, zrobił to Włoch. Chciał dobrze. Tyle, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Na katolickim portalu zapachniało kalwinizmem… Zasługa twórców „Bitwy pod Wiedniem”?
Najlepszym podsumowaniem filmu były reakcje dziennikarzy zgromadzonych na przedpremierowym pokazie. I tak, w „arcypoważnych” momentach (takich, że „mucha nie siada”!) widzowie wybuchali śmiechem, a po zakończeniu seansu nikt nie zdobył się na oklaski. Nie było odważnych. W końcu nie każdy jest Sobieskim.
Aleksander Majewski

