Gdy w latach 70-tych w amerykańskiej telewizji pojawiła się „Amerykańska rodzina” telewizja weszła na nowe tory. Realizacja reality show była realnym spelnieniem wizji Andiego Warhola o 15 minutach sławy dla przeciętniaków. Okazuje się, że już w czasach "niewinnej" telewizji lat 70-tych ( niewinnej w porównaniu do tej z dzisiejszych czasów) programy takie kończyły się tragicznie, o czym w znakomity sposób opowiada „Cinema Verite” produkcji, a jakże!, HBO. Film pokazuje jak destrukcyjny wpływ na życie przeciętnej rodziny miał medialny voyteryzm i sława, do której nie są przyzwyczajeni zwykli zjadacze chleba. W czasach wrzechobecnej spowiedzi celebrytów wiemy jak wyglądają kulisy takich programów. "Cinema Verite" nie będzie więc dla nas zbytnim zaskoczeniem. Film HBO nie zajmuje się natomiast szczegółowo dalszymi losami słynnej rodzinki. A to właśnie osoba z "Amerykańskiej rodziny" dała podstawy pod dzisiejsze spektakle, które coraz mocniej żenują każdego rozsądnego widza ( niestety ich sukces pokazuje, że takich jest coraz mniej). Jednym z bohaterów „Amerykańskiej rodziny” był homoseksualista Lance. Jego losy już 40 lat temu dowiodły istoty programów typu reality show, które podobno miały jedynie pokazywać „rzeczywistość”. Ekipa „Amerykańskiej rodziny” szybko zrozumiała, że zwykłe pokazywanie monotonnego życia rodziny jest nudne. Zaczęto więc kreować rzeczywistość, co stało się następnie najważniejszym narzędziem w rękach realizatorów podobnych programów.


W jednym z odcinków, pod znamiennym tytułem „Czy chcielibyście mieć takiego syna?”, ekipa pokazuje wyjazd Lance’a do gejowskiego klubu i jego zabawę z transwestytami. Po emisji „New York Times” napisał, że Lance „epatuje homoseksualizmem i skarlałą emocjonalnością”. Lance jednak nie zniechęcił się do telewizyjnego ekshibicjonizmu. Na łamach „Time” przyznał, że „spełnił marzenie klasy średniej o zyskaniu sławy tylko za to, że jest się sobą”. W jego przypadku to „spełnienie” zrealizowało się na końcu jego ziemskiej drogi. W 2003 roku powstał dokument „Śmierć w amerykańskiej rodzinie”, w którym Lance zgodził się, by sfilmowano, jak umiera na AIDS. Przypadek Lance’a jest znamienny nie tylko dlatego, że jest kontynuacją ponurego domowego reality show, który aplikował swoim ofiarom  Jack „doktor śmierć” Kevorkian. Pokazuje on ewolucję popcornowej telewizji na przełomie lat. Nie zamierzam podawać przykładów wszystkich reality show, które zalewają naszą telewizję. Idiotyzm tych programów poraża niczym bicze Micky'ego Rourke w „Iron Man 2” i zapewne przeraziłby samego Warhola.Nad jednym „reality show” należy się jednak na chwilę zatrzymać. Pokazuje on bowiem w jaką stronę zmierza nasza telewizja i co nas może czekać w przyszłości. Kilka miesięcy temu  dwaj holenderscy dziennikarze ze stacji BNN zjedli na wizji kawałki swoich ciał. Valerio Zeno oraz Dennis Strom, tworzący wspólnie program "Proefkonijnen" ("Króliki Doświadczalne")  poddali się zabiegowi w klinice chirurgicznej. Lekarz wyciął Stormowi mały kawałek pośladka, natomiast jego telewizyjnemu partnerowi mały fragment brzucha. Wycięte ludzkie mięso zostało zamrożone, aby zachować świeżość do momentu przygotowania przez kucharza. Następnie dziennikarze stacji telewizyjnej BNN w "romantycznej scenerii” ze świecami i przy pięknym obrusie spożyli kawałki swojego ciała.


Na tym ten tekst mógłby się w sumie skończyć. Można śmiało postawić tezę, że telewizja sięgnęła totalnego bruku. Czy może być bowiem coś potworniejszego niż kanibalizm na ekranie? Otóż może. I jest to bardziej przerażające niż pokerowa twarz Kevina Spacey w „Siedem”. Niestety stare powiedzenie mówi, że zasady są po to by je łamać. W popkulturze ta zasada jest świętsza niż papieskie bulle i jej się nigdy nie łamie. Każdy następny reality show jest tego dowodem. Skoro widzowie „przełknęli” już kanibalizm na ekranie, to będą musieli podrasować swoje podniecenie. Jak?




Pamiętacie Państwo opowiadanie Stephena Kinga „Uciekinier”, które zostało spłycone (choć i tak miało piorunującą wymowę) w filmie z Arnoldem Schwarzeneggerem? Jest to historia byłego policjanta, który idzie do więzienia za to, że nie chce strzelać do bezbronnych cywilów. Odbywając karę musi wziąć udział w reality show „Uciekinier”, który polega na tym, że widzowie obserwują jak mordercy ścigają swoje ofiary. Teleturniej wygrywa ten, któremu uda się przeżyć spotkanie z medialnie podrasowanymi zabójcami.  Dlaczego nie wprowadzić go na nasze ekrany? Niedawno BBC wyemitowała film pokazujący samobójstwo człowieka chorego na stwardnienie rozsiane. O manipulacjach BBC pisałem już zresztą na www.portalfilmowy.pl.  Film "Decydując się na śmierć" nakręcił Terry Pratchett, znany na całym świecie brytyjski autor powieści fantasy. Po Holandii jeżdżą już mobilne wozy eutanazyjne, które można sobie zamówić jak Pizzę.



Dlaczego śmiertelnie chorych, którzy pragną końca nie wsadzić do reality show, w którym przed zapukaniem do nieba bram dadzą trochę radości „tłuszczy”? Co nas powstrzymuje przed takim scenariuszem? Moralność? Wolne żarty. Przecież żyjemy w dyktaturze relatywizmu, która zabrania wywyższania jakiegokolwiek systemu wartości. Prawo naturalne? Przecież dzisiejsi mądrale przekonują, że polega ona na kucie siły i prawie dżungli. W hedonistycznym systemie rządzi zabawa. A ta wymaga ofiar. Trudno nie przyznać, że w dobie sms-ów, które zastępują „rzymski kciuk” zabawa byłaby przednia. Nieprawdaż? „Big Brother” również zaczerpnął swoją istotę z przerażającej powieści Orwella, wypaczając totalnie jej sens. Obawiam się, że nawet biegając tak szybko jak Arnie nie uciekniemy od mroków dzisiejszej telewizji.


Łukasz Adamski