To takie oczywiste, że przychodzimy na groby naszych bliskich. Sprzątamy nagrobki, grabimy liście, a potem zapalamy tam lampkę, kładziemy kwiaty. Chwilę się modlimy. Czasem mijamy groby zaniedbane, porośnięte trawą, kurzem i niepamięcią. Spróchniałe krzyże i zbite znicze na nich to najwymowniejszy znak tego, że do tych zmarłych nikt nie przyjdzie, ani pierwszego, ani drugiego listopada, ani żadnego innego dnia w roku.
Często w takich grobach leżą ludzie zapomniani już za życia. Tacy, którzy nawet w godzinie śmierci byli sami.
Krzysztof Pietrusiewicz. Zmarł nagle. W nocy z piątku na sobotę 1/ 2 lipca 2011 roku. Na Dworcu PKP Warszawa Centralna. Jeden z podopiecznych warszawskich braci kapucynów, którzy niezmiennie od kilkudziesięciu lat, każdego dnia wydaja dla bezdomnych ponad 200 posiłków dziennie.
Takich śmierci, jak ta Krzysztofa, jest mnóstwo. Bezdomni odchodzą na dworcach, zamarzają na przystankach autobusowych, w opuszczonych ruderach, melinach, na klatkach schodowych. Ich ostatnią towarzyszką bywa ból, głód, alkoholowy ciąg i ta przerażająca samotność.
Brat Piotr Wardawy, do niedawna sprawujący opiekę nad jadłodajnią na Miodowej, zawsze powtarzał, że bezdomność tu na ziemi, nie implikuje bezdomności tam, w niebie. Swoim podopiecznym przypominał słowa Jezusa, który zapewniał Apostołów, że w Domu Jego Ojca jest wiele mieszkań.
Stąd pomysł, organizowanych już tradycyjnie przez kapucynów, warszawskich Zaduszek Bezdomnych. Tym razem odbyły się one w Teatrze Kamienica przy zaangażowaniu Emiliana Kamińskiego i Justyny Sieńczyłło. Tego wieczoru gwiazdami na teatralnej scenie byli właśnie Oni – Bezdomni. Przygotowani przez córkę Emiliana, Natalię Kamińską, zaprezentowali wiersze i utwory o przemijaniu. Wśród recytowanych poetów nie mogło zabraknąć Cypriana Kamila Norwida, postaci szczególnie bliskiej bezdomnym, bo tak jak oni, odchodzącej w samotności i zapomnieniu.
- Zawsze powtarzam, że czasem można mieszkać w pięknej willi i być bardziej samotnym i nieszczęśliwym niż wy, bezdomni – rozpoczął Kamiński. - Takie przewrotne jest nasze życie, że nigdy nie wiemy, co w nas drzemie. Tak jak z Norwidem – kiedy odchodził, pewnie nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że kiedyś będziemy zachwycać się jego wierszami – dodał.
Bezdomni recytujący wiersze Norwida, Mickiewicza, Tuwima robili niesamowite wrażenie. Ze swoimi wszystkimi potknięciami, przejęzyczeniami, zapomnianymi słowami. To wszystko nieważne. Ważna jest jedynie nadzieja.
„Matką głupich cię nazwali, nadziejo,
ludzie podli, ludzie mali,nadziejo.
Choć się z Ciebie natrząsają,
głośno śmieją ty nas jedna nie opuszczaj, nadziejo.
Prowadź nas nadziejo,
w ciemny czas nadziejo.
W mrocznej mgle wyczaruj iskrę wiary”
(z piosenki Jana Pietrzaka „Nadzieja”).
Marta Brzezińska
fot. Krzysztof Wierzbowski






















