„Fundacja Viva! przedstawiła raport o traktowaniu zwierząt na polskich targowiskach. Raport wygląda tak, jakby to, co dokumentowano, działo się w XVI wieku. Zwierzęta gospodarskie traktuje się gorzej niż rzeczy. Bo rzecz potłuczona, przerzucana, kopana niszczy się, więc właściciel o rzeczy dba, o zwierzę nie musi, bo wie, że samo się zregeneruje, a jak nie, tym gorzej dla niego. Polski chłop ma przekonanie godne Kartezjusza, że zwierzę jest żywotną maszyną, która nie posiada - tak jak on - szlachetnej duszy o boskim rodowodzie, a więc nie można jej przypisać ani żadnych praw, ani wartości innej niż handlowa czy użytecznościowa (w tym kontekście zwierzę stare lub chore nie ma żadnej racji bycia)” - użala się profesor Środa.

 

„Opinia publiczna staje się coraz bardziej wrażliwa na los zwierząt domowych: zaczynamy wreszcie troszczyć się o los psów i kotów (nie tylko własnych) i coraz więcej ludzi przejętych jest barbarzyństwem trzymania psów na łańcuchu. Zwierzęta gospodarskie są jednak mniej widoczne. Latami stoją w pozamykanych oborach, w gnojówce, często bez słońca, przeznaczone na rzeź, gdy tylko przestaną być użyteczne. W powszechnym (wiejskim) przekonaniu nie czują i nie cierpią” - uzupełnia. I nawet trudno się z nią nie zgodzić. Nie ma powodów, by tak traktować zwierzęta. A okrucieństwo wobec nich jest złem.

 

Ale... i tu właśnie zaczyna się problem z rozważaniami profesor. Otóż dla niej problemy prosiaków w gnojówce są bardziej poważne, niż to, że w Polsce rozrywa się na strzępy dzieci. „Jednocześnie tej ogromnej i rzeczywistej pogardzie dla życia i cierpienia zwierząt towarzyszy dęta (bo czysto deklaratywna) troska o "życie" w formie poczętej. I mimo że żyję w tym kraju ponad 50 lat, nie jestem w stanie zrozumieć, jak ta cześć dla życia jednych godzi się z okrucieństwem wobec życia drugich” - napisała Środa. A ja muszę powiedzieć, że też nie rozumiem, jak można pogodzić troskę o los krówek z głęboką pogardą dla życia człowieka.

 

TPT/Wyborcza.pl