Z kolumbijskim senatorem Luisem Eladio Pérezem Bonillą spotkałem się na Uniwersytecie św. Pawła w Madrycie. Zaproszeni zostaliśmy na X Międzynarodowy Kongres Katolików w Życiu Publicznym, gdzie wspólnie wzięliśmy udział w panelu zatytułowanym „Nadzieja dla zglobalizowanego świata”. Opowiedział wówczas o swym doświadczeniu z marksistowską partyzantką, które było tak niesamowite i unikalne, że postanowiłem zamieścić poniżej jego historię.
Grzegorz Górny
Zostałem uprowadzony przez grupę znaną w Kolumbii jako FARC 10 czerwca 2001 roku. Sprawowałem wtedy funkcję przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Senatu w mojej ojczyźnie oraz byłem senatorem republiki. Należałem do grona ludzi, których później nazwano „grupą osób na wymianę”. Za jej pomocą FARC miał naciskać na rząd, by ten w zamian za uwolnienie nas wypuścił przebywających w więzieniach członków guerilli. Przeszedłem przez szereg okropnych doświadczeń. Pierwsze dwa lata niewoli spędziłem przywiązany non stop do drzewa, zupełnie sam, przez 24 godziny na dobę. Komendanci zabraniali porozumiewać się ze mną partyzantom, którzy się mną zajmowali. To doprowadziło mnie praktycznie na skraj szaleństwa, zacząłem w końcu rozmawiać z drzewami.
Pamiętam, że pod koniec tego okresu pewnego dnia jedna z partyzantek pozwoliła mi spojrzeć w lustro. Oczywiście w partyzantce nikt nie miał sprzętu do golenia czy do obcinania włosów, panowały ciężkie warunki. Po raz pierwszy od dwóch lat zobaczyłem się w lustrze, ale się nie rozpoznałem. Moje oblicze było całkowicie skamieniałe, zacząłem ćwiczyć mięśnie twarzy, żeby obudzić mimikę.
Któregoś dnia zdecydowałem się odebrać sobie życie. Nie widziałem żadnego światła na końcu tunelu; uświadomiłem sobie, że jestem więziony nie tylko przez partyzantkę FARC, lecz także przez obojętne na moją krzywdę społeczeństwo kolumbijskie. Moja rodzina, pomimo walki, nie zdołała doprowadzić do uwolnienia mnie. Moje zdrowie stale się pogarszało. Straciłem w tym momencie całą wiarę, całą swoją nadzieję. Kiedy inny guerillero podał mi obcinacz do paznokci, chciałem wykorzystać okazję, że dołączona jest do niego jest brzytwa. Zbierałem odwagę, by się zabić. Wtem do moich uszu dotarła audycja radiowa, która stała się pępowiną łączącą mnie z rzeczywistością, z życiem, z krajem, z rodziną, ze światem. W radiu usłyszałem moją żonę. Nie pamiętam dokładnie, czy to był jakiś wywiad. W obliczu dramatu, jaki przeżywa mój kraj w związku z porwaniami, przedstawiciele rządu stworzyli specjalne programy dla rodzin uwięzionych, które nadają komunikaty nadziei. Usłyszałem, jak mówi, że jedyne, o co mnie prosi, to żebym się nie poddawał, żebym walczył, że oni robią wszystko co w ludzkiej mocy, by mnie uwolnić. Taka wiadomość dokładnie w chwili, kiedy miałem już ze sobą skończyć.
To oczywiście głęboko do mnie przemówiło. Zrozumiałem, że mój czyn byłby zwykłym tchórzostwem wobec mojej rodziny, która zagrzewała mnie do walki, do oporu, napełniała wiarą i nadzieją, że pewnego dnia odzyskam wolność.
Mijały dni. Po tym, jak przeżyłem to małe – jakże wielkie – wydarzenie, dołączyłem do grona innych porwanych. Była wśród nich Francuzka Ingrid Betancourt. Spędziłem z nią kolejnych pięć lat niewoli, która stawała się naturalnie coraz cięższa ze względu na warunki życia w dżungli. Dżungli zupełnie niegościnnej oraz całkowicie bezdusznej guerilli. Nigdy w niewoli nie otrzymaliśmy jakiejkolwiek pomocy medycznej, dentystycznej, a jedzenie, jakie dostawaliśmy, całkowicie urągało jakimkolwiek normom. Do tego dochodziły wszelkie niegodziwości i upokorzenia, jakim poddawali nas ci tchórze pod groźbą odbezpieczonego karabinu.
Zazwyczaj jednak, dzięki umiejętnościom podtrzymywania podstawowego poczucia godności i buntu, odpowiadaliśmy na to, co uważaliśmy za brutalny gwałt na osobie ludzkiej, siłą naszej wolności.
Przeżyliśmy sytuacje bardzo skomplikowane. Szukaliśmy z Ingrid możliwości ucieczki i udało nam się taką okazję wykorzystać. Uciekliśmy z obozu, nie udało im się nas złapać. Przez sześć dni płynęliśmy nocami ogromną rzeką, narażeni na wszystkie niebezpieczeństwa, jakie ze sobą niosła, mając nadzieję na ucieczkę partyzantom, którzy szukali naszych śladów. Gdy zapadała noc, zanurzaliśmy się w rzece i staraliśmy płynąć tak daleko, jak tylko byliśmy w stanie, dopóki nie zmarzliśmy tak bardzo, że trzeba było wyjść na ląd i czekać na kolejną noc. Oczywiście nie mieliśmy nic do jedzenia.
Mam problemy ze zdrowiem. Jestem diabetykiem i ta sytuacja doprowadziła do całkiem poważnych kłopotów związanych ze wzrostem poziomu cukru we krwi. Wreszcie postanowiliśmy z powrotem wrócić do obozu, bo byliśmy już w stanie kompletnego wyczerpania. Spotkaliśmy się z ogromnymi represjami z ich strony. Znów zostaliśmy przywiązani na 24 godziny do drzewa, z jedynie półgodzinną przerwą na załatwienie naszych potrzeb fizjologicznych w odległości dziesięciu czy piętnastu metrów od tego drzewa. I tak wegetowaliśmy przez wiele dni i nocy.
Wszystko to pozwoliło mi bez wątpienia dokonać głębokiej refleksji nad moim życiem. Te długie noce i dnie przeradzające się w lata przyniosły nam katharsis, dzięki któremu zrozumieliśmy nasze błędy, cnoty, zrewidowaliśmy przekonania i popełnione pomyłki. W moim przypadku nie tylko w życiu prywatnym, ale także w działalności politycznej.
Byłem senatorem, deputowanym, gubernatorem, ambasadorem w różnych państwach latynoamerykańskich, ale dopiero wtedy zacząłem rozumieć ogromne błędy, jakie prawdopodobnie popełniłem, sprawując te funkcje; w obliczu tego dramatu zrozumiałem, że istnieją dwie Kolumbie. Kolumbia obywatelska, do której należy 70 proc. populacji, która przeżywa okres wzrostu gospodarczego i cieszy się stabilizacją oraz bezpieczeństwem wypracowanym przez rząd. To państwo, w którym godność ludzka zaczęła być respektowana. Ale jest i druga Kolumbia, do której należy 30 proc. mieszkańców, która została odsunięta od korzyści płynących z rozwoju. Po dwóch pierwszych latach, spędzonych w towarzystwie zajmujących się mną guerilleros, zrozumiałem, że oni byli na równi z nami ofiarami partyzantki, która zupełnie zatraciła swój cel, jakikolwiek polityczny kompas. Te ofiary guerilli odnalazły jednak w jej propozycji coś, czego odmówił im kolumbijski rząd, kolumbijskie społeczeństwo, odbierając im prawo do równych szans w rozwijającym się państwie.
Uświadomiłem sobie, że oni wstąpili do partyzantki z głodu, z biedy, z opuszczenia, z udręczenia. Chłopcy w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat odchodzą z domu, żeby zbierać liście koki na wielkich plantacjach ukrytych w leśnych ostępach. Dziewczynki w tym samym wieku zmuszone są do prostytucji. Partyzantka staje się dla takich dzieci i młodzieży szansą, której nie otrzymały od społeczeństwa i państwa. Życiem ograniczonym do obiadu, kolacji, ubrania. Naturalnie uświadamia to fakt, że próba rozwiązania tego konfliktu na drodze zbrojnej, jak sugeruje pewna część społeczeństwa, jest potężnym błędem.
Powiedziałem osobiście prezydentowi mego kraju, że jeśli nawet zrzuci bombę na wszystkich przywódców guerilli kolumbijskiej, to nie unicestwi w ten sposób głodu i biedy, a to są właśnie przyczyny przemocy, którą kumulują ruchy partyzanckie czy paramilitarne, a właściwie cała przestępczość powiązana z handlem narkotykami, zżerająca nasze społeczeństwo.
Nie sądzę, żeby odpowiedź przemocą na przemoc była dobrym rozwiązaniem. Uważam, że musimy przemyśleć od nowa całą koncepcję narodu i stworzyć państwo oparte na równych możliwościach w miejsce obecnej struktury.
Oprócz tego, że miałem szansę na przemyślenie moich błędów politycznych, tego, czego nie zrobiłem, a mogłem zrobić, w niewoli ponownie odnalazłem również Boga.
Całe życie byłem oczywiście katolikiem, jak każe rodzinna tradycja i co jest naturalne w kraju, który podobnie jak Polska czy Hiszpania jest bardzo katolicki, ale, wyznaję, nigdy nie byłem katolikiem praktykującym.
W niewoli spotkałem się z dwiema różnymi postawami moich towarzyszy. Jedni to ci, którzy wierzyli w teorię napędzaną przez samą guerillę: że religia to opium dla ludu, że Bóg nie istnieje, liczy się materializm, wszechwładna natura i wszystkie te stare koncepcje, które teraz na nowo są dowartościowywane. Wewnątrz tego zamkniętego myślenia była jednak część osób, która do tej pory wierzyła w rozwiązania komunistyczne, ale zaczęła rozważać, czy są one tego warte. Byli też tacy, którzy czuli się tak mocno dotknięci tym, że przez tyle dni, tygodni, miesięcy, lat nie doczekali się żadnego ratunku, że przyjęli postawę, iż Bóg nas opuścił. Dlaczego Boże? Dlaczego ja? Dlaczego tyle cierpienia? Dlaczego pięć, sześć, siedem... lat?
Dziś niektórzy z moich uwięzionych towarzyszy kończą swój jedenasty rok życia w dżungli, a ja rozmawiałem z nimi, słuchałem ich i czułem, że prawie nie mam argumentów, żeby obalić ich stanowisko, a oni pytali: Ale jaki Bóg? Dlaczego nas opuścił? Czemu tak się stało? Dlaczego tyle cierpienia?
Patrzeć na śmierć naszych rodziców, jak było w przypadku jednego z porwanych. Patrzeć na rozpad rodziny. Wielu z nich opuściły żony, dzieci nie miały rodziców, bo żony policjantów czy wojskowych, którzy tak jak my zostali porwani, nie miały innego wyjścia. W takiej sytuacji każde stanowisko, za jakim się opowiadali, miało swoje racje, ale zarazem doprowadzało do kolejnych konfliktów w obozie.
Miałem, czy też mieliśmy, bo dzieliłem to doświadczenie z Ingrid, szczęście posiadać ciągły dostęp do dwóch książek. Jedną z nich był Don Kichot. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak wiele ta lektura dla nas znaczyła. Z pewnością nie tylko ze względu na piękno języka tego arcydzieła literatury hiszpańskiej, ale dlatego, że była po prostu zabawna. Wszystkie szaleństwa, które wymyślał Cervantes, porównywaliśmy z tymi, które na co dzień znosiliśmy w ludożerczej dżungli.
Ale czytaliśmy też inną książkę – Biblię. Na początku, muszę przyznać, że kiedy czytałem Stary Testament, byłem niezmiernie znudzony. Przy Nowym Testamencie postanowiłem ćwiczyć swój umysł, by całkowicie nie zgnuśniał, i zacząłem uczyć się go na pamięć, strona po stronie. Codziennie czytałem kilka stron i usiłowałem je zapamiętać. Do dziś mogę się założyć i postawić kolację każdemu, jeśli pomylę się co do którejkolwiek strony z Nowego Testamentu, włączając w to Apokalipsę.
Oprócz tych pamięciowych ćwiczeń lektura ta dała mi jednak możliwość odkrycia i poznania na nowo Słowa Bożego. Kazanie na Górze stało się moim duchowym drogowskazem, przewyższającym rzecz jasna przykazania ustanowione przez Abrahama Lincolna i jego religię – że kiedy czyni dobro, to czuje się dobrze, a kiedy czyni zło, czuje się źle.
To doświadczenie dało mi wiarę i nadzieję. Pozwoliło mi przetrwać, uświadomiło wyzwanie, jakie podjęła moja rodzina, by mnie uwolnić, bym mógł cieszyć się wolnością, wiarą i nadzieją w słowa Boga w Chrystusie, która pozwala mi dzisiaj klecić te zdania w podziękowaniu dla tych, którzy o mnie walczyli. Na koniec pozwolę sobie przytoczyć słowa słynnego hinduskiego poety Rabindranatha Tagore. W wierszu Stracone ptaki mówi on: „Cierpiałem, rozpaczałem, widziałem śmierć; jakże szczęśliwy jestem na tym świecie”.
Tłumaczyła Dominika Bieńkowska
Powyższy tekst ukazał się w najnowszym numerze „Frondy” (nr 58), poświęconym męczennikom XXI wieku.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

