Na szczęście poza kwestiami środowiska i bezpieczeństwa żywności, tymi bożkami nowej ateistycznej religii UE, zajmuję się w PE także ciekawszymi sprawami, na przykład Europejską Służbą Działań Zewnętrznych. Może nie jest to dochodowe ani prestiżowe zajęcie, jak uznał premier Tusk, ale ciekawe i mimo wszystko ważne. ESDZ (lub EEAS po tutejszemu) to taka nowa europejska dyplomacja, łącząca po równo dotychczasowych urzędników Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej oraz nowych urzędników wskazanych przez państwa. Dla nas jest to niekorzystne, bo mamy mało urzędników w Radzie i Komisji, ale skoro jest to tak mało prestiżowe zajęcie, to nasz rząd zgodził się bez zająknięcia.
Ale ja nie o tym, tylko o tym, co tu się u nas w Parlamencie mówi. Teoretycznie powinno się mówić niewiele, bo Traktat Lizboński stwierdza jedynie, że ESDZ ustanawiana jest decyzją Rady, na wniosek wysokiego przedstawiciela (Catherine Ashton, TW o nieustalonym pseudonimie), za zgodą Komisji i po konsultacji z Parlamentem. A więc Parlament ma jedynie prawo do konsultacji, którą Rada mogłaby teoretycznie zlekceważyć. Oczywiste? Niezupełnie. Ten nieustannie niedoceniany Parlament znajduje sposoby, aby znaleźć się w centrum procesu decyzyjnego. Oczywiście dla naszego dobra.
Pomysł jest prosty i genialny zarazem. Traktat właściwie niewiele mówi o ESDZ, więc nie do końca wiadomo, czy ma to być zupełnie nowa instytucja (tego chce Rada), czy też ma mieć jedynie pewną niezależność w działaniach, ale organizacyjnie i finansowo znajdować się w strukturach Komisji (za czym gorąco przemawia Parlament). Różnica jest taka, że w tym pierwszym wypadku Parlament może rzeczywiście tylko wyrazić swoje zdanie, w tym drugim − Rada musiałaby współpracować z Parlamentem na równych prawach w zmianie regulacji pracowniczych i finansowych. Wtedy Parlament mógłby stwierdzić, że uzależnia swoją zgodę na zmianę przepisów finansowych i dotyczących pracowników od przyjęcia jego sugestii w zakresie kompetencji ESDZ.
Za tą koncepcją stoi dwóch bardzo doświadczonych polityków: Niemiec Elmar Brok (mistrz w przekonywaniu, że niemieckie interesy są tożsame z europejskimi) oraz były premier Belgii Guy Verhofstadt (który zasłynął ostatnio dowodzeniem na łamach gazety „De Standaard”, że patriotyzm z konieczności prowadzi do komór gazowych). Pierwszy wyraził to otwarcie w dokumencie skierowanym na konferencję przewodniczących PE, drugi mówił o tym na spotkaniu „szadołów” komisji konstytucyjnej.
Ale zaraz, zaraz − ktoś mógłby zapytać − w jaki sposób Parlament może takie rozwiązanie narzucić Radzie? Tu tkwi genialność tej koncepcji − Rada może podjąć decyzję tylko za zgodą Komisji, która ponosi odpowiedzialność przed Parlamentem, który może uchwalić wotum nieufności wobec jej członków. W związku z tym PE już kilka miesięcy temu wezwał Komisję do przyjęcia propozycji tylko wtedy, jeżeli będzie zgodna z jego zachciankami. Idę o zakład, że tak się właśnie stanie.
Tak oto na naszych oczach (no, w każdym razie na oczach kogoś, kto ma szansę oglądać to wszystko od środka) tworzy się typowy dla państw podział władzy z Parlamentem jako wyrazicielem woli suwerena (w tym wypadku jedynie wyobrażonego), choć Traktat teoretycznie zostawia część kompetencji państwom. Jak to możliwe? Możliwe, bo jeżeli coś łączy większość członków Parlamentu, to pragnienie władzy, i w tej kwestii wszelkie różnice zanikają. To zresztą jest właśnie podstawą nieformalnego sojuszu chadeków z socjalistami.
Na wspomnianym wyżej spotkaniu „szadołów” było tylko trzech posłów. Były belgijski premier z partii liberalnej o trudnym nazwisku, socjalista z Rumunii w wieku, który uzasadnia podejrzenie, że mógł być kiedyś młodzieżowym działaczem partii komunistycznej, oraz młody Duńczyk z najbardziej prawicowej i eurosceptycznej partii, Europa Wolności i Demokracji. Można by się spodziewać, że zaistniały między nimi znaczące kontrowersje, co do tak podstawowej kwestii. Nic podobnego, różnili się tylko detalami. Urok władzy potrafi łączyć ponad podziałami.
Europata*
*Europata jest młodym prawnikiem, naszym człowiekiem w Parlamencie Europejskim. Używa pseudonimu w obawie przed kolegami z pracy. Szykuje kolejną korespondencję.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

