Takim opowieściami raczy czytelników „De Standaard” dr Sarah Van Laer, która od momentu wprowadzenia ustawy eutanazyjnej w 2002 roku zabiła 28 pacjentów. I szczerze wyznaje, że czuje się wypalona i ma dość tej trudnej pracy. Ale, żeby nie było wątpliwości, nie chodzi o to, że uznaje, że lekarz nie jest od zabijania, a od leczenia, ale o warunki pracy i częstotliwość wykonywania „zabiegów”.
- To za dużo dla mnie – opowiada „lekarka”. - Raz w miesiącu jestem proszona, by przeprowadzić eutanazję samodzielnie... Ostatnio zostałam wezwana do pacjenta, któremu obiecano przeprowadzić eutanazję wieczorem, a jego lekarz nie miał na to czasu – żali się eutanazistka. - Problemem jest to, że wielu lekarzy nie chce dokonywać eutanazji, i coraz więcej spada na nas – opowiada. - Politycy chcą zaś rozszerzyć prawodastwo eutanazyjne na nieletnich. Zastanawiam się, kto będzie skłonny do wykonywania takich eutanazji – wyjaśnia swoją „trudną sytuację” „lekarka”.
Jej zdaniem lekarze, którzy nie chcą zabijać swoich pacjentów, powinni o tym informować wcześniej, a nie wzywać ją w ostatnim momencie. - Nie jestem produktem w hipermarkecie, który można kupić kiedy się chce. Jestem osobą z własnymi potrzebami i uczuciami – wyjaśnia. I dodaje, że choć eutanazja oznacza dobrą śmierć, to jest przeciwniczką „turbo-eutanazji”. - Brak mi czasem tych momentów życia przed śmiercią, tych dobrych doświadczeń, które kreuje umierający – dodaje.
TPT/BioEdge
