„Do dyplomatów (amerykańskich – przyp. Red. Fronda.pl,) dołączyli działacze związani z Opus Dei, którzy wsparli załogę ratusza słowami otuchy. Ta organizacja katolicka koncert popiera” - można przeczytać w czwartkowej „Wyborczej”.
Opus Dei nie zabierało głosu w tej sprawie
Jacy działacze Opus Dei pocieszali urzędników ratusza i kiedy organizacja poparła ideę koncertu? Tego się nie dowiadujemy. Postanowiliśmy spytać u źródła. - Jestem tymi informacjami zszokowany i pierwszy raz coś takiego słyszę – mówi portalowi Fronda.pl wikariusz regionalny Prałata Opus Dei na Polskę ksiądz Piotr Prieto. - Opus Dei nie interesuje koncert Madonny. Nasze doświadczenie z bojkotem „Kodu Leonardo da Vinci” pokazuje, że krytyka kłamstw może być czasem wykorzystywana do propagandy i reklamy rzeczy, do których promowania nie chcielibyśmy się przyczyniać – wyjaśnia ks. Prieto i dodaje: - Nie zabieraliśmy i nie zamierzamy zabierać głosu w sprawie koncertu Madonny.
Kto komu groził suspensą?
To niejedyna manipulacja "Gazety". Według niej, działacze katoliccy, w tym organizatorzy protestu przeciwko koncertowi ze Stowarzyszenia "Pro Polonia", wysyłali liczne apele do ratusza i prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, grożąc m. in. kościelną karą suspensy i zakazem przyjmowania komunii świętej. Problem w tym, że suspensa jest stosowana wyłącznie w stosunku do duchownych i polega na ograniczeniu lub zakazie możliwości pełnienia przez nich posługi.
- Owszem, wymieniliśmy z ratuszem kilkanaście listów, ale wszystkie dotyczyły kwestii prawno-administracyjnych - mówi w rozmowie z portalem Fronda.pl Marian Brudzyński z „Pro Polonia”. - Mówiłem także kilkakrotnie, że Hanna Gronkiewicz-Waltz, jako osoba związana z Odnową w Duchu Świętym, powinna się zdobyć na refleksję w tej sprawie. Ale nie nawoływałem do żadnych kar – dodaje. O suspensie jaką rzekomo miałby "nakładać" na panią prezydent, Brudzyński słyszał jedynie w należącej do Agory radiostacji Tok FM, za którą informację powtórzyła "Gazeta".
Ambasada USA lobbuje w ratuszu
Po pierwszych sygnałach z ratusza, że koncert jest zagrożony, do urzędników dotarł komunikat attache kulturalnego ambasady amerykańskiej, by „nie ulegali politycznym naciskom”.
Pod ogromną presją znajdują się obecnie warszawscy strażacy. Chociaż to organizatorzy koncertu z Live Nations zachowują się tak, jakby po raz pierwszy organizowali tego typu imprezę, to oni są przez media posądzani o złe intencje. - Wiem o tym – powiedział „Gazecie” bezradny Mariusz Wajderek, komendant miejski Państwowej Straży Pożarnej.
Organizatorzy-amatorzy
Organizatorzy do dzisiaj nie dostarczyli dokumentacji technicznej sceny, mimo że termin uzgodnień związanych ze standardami bezpieczeństwa koncertu minął już 20 lipca. Straż nie powinna już w ogóle na ten temat dyskutować, jednak jak zapewniają ratownicy, mają dobrą wolę i czekają jeszcze na dokumenty. Do tej pory otrzymali instrukcję skręcania sceny i krzesełek po angielsku i niemiecku. - Pozostawiam to bez komentarza – mówi Wajderek i przypomina ostatnie wypadki: - W Marsylii zginęły dwie osoby, w Kanadzie o mało co doszłoby do tragedii z Kevinem Costnerem – wymienia komendant.
Bez zgody strażaków, koncert się nie odbędzie. Według przedstawicieli Live Nations „wszystkie wymagane dokumenty zostały złożone, a w tej chwili wyjaśniane są pytania i uwagi straży pożarnej”. Zdaniem organizatorów, koncert jest niezagrożony.
Od miesiąca trwa akcja Komitetu Obrony Wiary i Tradycji Narodowych „Pro Polonia”, który protestuje przeciwko koncertowi ze względu na to, że został on zaplanowany na 15 sierpnia, kiedy wypada Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, a także rocznica cudu nad Wisłą. Akcję wsparło m.in. Stowarzyszenie im. ks. Piotra Skargi, zamieszczając w internecie list protestacyjny. Można się pod nim podpisać na stronie www.protestuj.pl.
JaLu/GW
Ważne lektury:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »




