„Józef Życiński, jako uczestnik życia publicznego w Polsce, był kłamcą i łajdakiem”. Przesłyszałam się? Cofam umieszczone na YouTubie nagranie do początku. - Józef Życiński, jako uczestnik życia publicznego w Polsce, był kłamcą i łajdakiem – mówi reżyser Grzegorz Braun i zaraz dodaje: „Łajdactwem nazywam przyczynianie się do szerzenia zamętu wśród bliźnich i rodaków, zamętu w sprawach kluczowych, w płaszczyźnie politycznej, społecznej”.

 

Ten tekst nie będzie laurką na cześć Brauna. Nie pochwalam takiej retoryki w stosunku do katolickiego arcybiskupa (bo jednak Życiński nim był, a nie jak twierdzi Braun „podawał się”). I nie chodzi tylko o zasadę, że o zmarłym dobrze albo wcale, ale o proste rozróżnienie pomiędzy oceną człowieka (któremu jakkolwiek nie patrzeć należy się szacunek) a potępieniem jego czynów (na co także jest miejsce).

 

Na Brauna spadła już wystarczająca fala krytyki (tym razem, niekoniecznie nieuzasadnionej) ze wszystkich możliwych stron, spróbujmy jednak poukładać cały ten bałagan od początku. Wybitny reżyser był gościem zorganizowanego przez koło historyków KUL i miesięcznik „Polonia Christiana” spotkania, podczas którego mówił o swoim najnowszym filmie „Eugenika – w imię postępu”.

 

Wyborcza kreacja rzeczywistości 

 

Filmie, który nota bene, przez wiele miesięcy nie mógł doczekać się emisji w telewizji publicznej, chociaż to TVP S.A zamówiła jego projekt. Feralne słowa o abp Życińskim padają dnia 11 kwietnia, zaś „Gazeta Wyborcza” grzmi tytułem „Hańba na KUL-u” dopiero, uwaga… 14 maja, a więc niemal miesiąc po! Czy ktoś, ktokolwiek, będzie na tyle naiwny, by wierzyć, że tak potężne medium, jakim jest „GW”, naznaczone szczególną troską o życzliwych jej ekspertów (a nie ma co ukrywać, że do takich niewątpliwie zaliczał się abp Życiński, bardzo chętnie publikujący na łamach tego pisma) nie wiedziało wcześniej o „hańbie na KUL-u”? Cała sprawa, także do władz zapewne dotarła znacznie wcześniej, aniżeli publikacje „Wyborczej” ujrzały światło dziennie, dziwi więc również to, że rektor dopiero teraz zabrał głos w tej sprawie.

 

/

 

Nagranie o „biskupie-łajdaku” musiało jednak swoje odczekać, niczym wino, które leżakuje przez określony czas, by mogło w odpowiednim momencie uderzyć do głowy. I chwila taka nadeszła, kiedy TVP zdecydowała się w końcu, po wielu miesiącach oczekiwania, na emisję „Eugeniki”. W sobotę 14 maja telewizyjna „dwójka” o całkiem przyzwoitej porze wyemitowała film Brauna.

 

Jakie wiadomości pojawiły się w mediach? Nie, nie o tym, że film kontrowersyjny, że nazywa genetyką współczesną odmianą eugeniki. O filmie prócz niewiele znaczących żali Sławomira Zagórskiego, nie mówiło się prawie wcale. Epatowały za to nagłówki w stylu „Hańby na KUL-u”  oraz „Biskupa łajdaka i kłamcy”.

 

Redaktorzy z Czerskiej swój cel osiągnęli. Nawet jeśli skutkiem ubocznym ich działania była kryptoreklama „Eugeniki”, to każdy, założę się, że każdy kto przy okazji całego zamieszania o filmie Brauna usłyszał po raz pierwszy, podejdzie do niego jedynie jak do wytworu chorej wyobraźni nawiedzonego reżysera. Misja spełniona. Autorytet Brauna jako scenarzysty, publicysty i wybitnego reżysera zszargany.

 

Kto na tym ucierpiał w pierwszej kolejności? Na pewno nie Braun, który zwyczajnie sam sobie jest winien. Jak wspomniałam, nie pochwalam sposobu w jaki wypowiedział się o zmarłym arcybiskupie. Jakikolwiek by on nie był. Reżyser nie jest pierwszą osobą, która pyta o, bądź co bądź, jak dotąd niewyjaśnioną do końca kwestię domniemanej współpracy Życińskiego z SB. O „TW Filozofie” pisał, bodaj jako pierwszy, dr Sławomir Cenckiewicz. W publikacji „Sprawa Lecha Wałęsy” na stronach 343 i 353 historyk ujawnia, że w latach 1977-1990 ks. Józef Życiński był przez Wydział IV SB w Częstochowie zarejestrowany jako tajny współpracownik o ps. “Filozof”. pW podobnym tonie wypowiadał się również ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Czy Braun powiedział zatem coś nowego? Absolutnie nie. Niedopuszczalna jest jednak forma, w jakiej to zrobił, bo same obelgi zamiast argumentów są niewystarczające.

 

Manowce dywagacji o formie 


Sęk w tym, że punkt ciężkości w dyskursie przesunął się z tego, co istotne,  a więc faktów, na manowce dywagacji o formie. W konsekwencji tego, ofiarą wyreżyserowanego przez „Wyborczą” scenariusza pada jedynie „Eugenika”. Film szalenie ważny i potrzebny. I o tyle niewygodny, o ile może zrewolucjonizować optykę patrzenia na aborcję czy in vitro. A chyba o to przede wszystkim samemu reżyserowi chodziło – by docierać do świadomości wielu Polaków.

 

I taka z pewnością była intencja jego wypowiedzi także o abp Życińskim. Jeśli tylko wysilimy się, by wysłuchać całego, 6-minutowego nagrania z konferencji na KUL-u, a nie poprzestaniemy jedynie na pierwszych dwóch epitetach, zobaczymy, że gdyby odrzeć wątpliwości Brauna z emocjonalnych oskarżeń, one ma sens.

 

Bo dla każdego, zdrowo myślącego katolika, wątpliwą pozostaje kwestia wielu wypowiedzi zmarłego metropolity lubelskiego. Wielu z nas zapewne w zakłopotanie wprowadzała ochota, z jaką abp Życiński wypowiadał się na łamach „GW”, jednocześnie mając świadomość, że na tych samych łamach, może nawet kilka stron dalej, redaktorzy z Czerskiej jasno i wyraźnie opowiadają się np. za aborcją czy homoseksualizmem, a więc całkowicie wbrew nauczaniu magisterium Kościoła.

 

- Wydaje mi się, że jest taka potrzeba, by moi bliźni i rodacy wiedzieli kto ich do czego namawia. I jeśli ich purpurat, czy elegancki kłamca z telewizora, namawia na to i owo, to myślę, że może mieć znaczenie – tłumaczył w rozmowie z Jackiem Sobalą z TV Niezależna, Braun. I dodał: „Uważam, że jest wielkim brakiem polskiego życia publicznego, brak jasności, przejrzystości, brak dostępu do informacji, na czele z brakiem informacji kto właściwie do nas przemawia, kto nas poucza z telewizora czy z ambony. I to jest taki brak i taki niedostatek, że ludzie się  gubią”.

 

Niestety, prawdopodobnie swoją nieprzemyślaną wypowiedzią Grzegorz Braun niejedną wahającą się osobę zwiódł na manowce. Ludzie przekonani do jego racji nie potrzebują stawianej na ostrzu noża retoryki, I, by posłużyć się metalurgicznym słownictwem, nomenklatury z wiszącą w powietrzu siekierą. Natomiast, cała „walka” toczy się o ten rząd dusz nieprzekonanych, o których nie pomyślał Braun. Szalenie inteligentny i wybitny reżyser z całą pewnością  mógł łatwo przewidzieć, że „gwiazda śmierci” (jak ma w zwyczaju nazywać Agorę) czuwa nad tym, co się wokół „Eugeniki” dzieje, a przedłużające się trzymanie taśmy z filmem w piwnicy TVP powinno tylko wzmóc jego czujność. Tymczasem Braun, w klasyczny sposób, dał się uśpić i podpuścić. Przecież to nie on rozpoczął tyradę o abp Życińskim, a odpowiadał na pytanie zadane przez kogoś z widowni. Reżyser zapomniał chyba po jak grząskim gruncie stąpa – nazywanie “łajdakiem” wielkiego kanclerza KUL-u na organizowanym przez uniwersytet spotkaniu, to jak regularne ciąganie drapieżnego kotka za ogon w jego własnym mateczniku.

 

- Nie wchodźmy w dyskurs zaproponowany przez „gwiazdę śmierci”, nie wchodźmy w dyskurs wedle konspektu napisanego przez „Gazetę Wyborczą” – apelował reżyser „Eugeniki” w rozmowie z Sobalą. Tym razem niestety mniej lub bardziej świadomie zatańczył pan, panie Braun, dokładnie według konspektu „gwiazdy śmierci”. Mam nadzieję, że następnym razem, jak na reżysera przystało, to pan będzie pisał scenariusze…

 

Marta Brzezińska