Tegoroczny "antysystemowy" festiwal otwierali prezydenci Polski i Niemiec. Bronisław Komorowski i Joachim Gauck nie kryli swojego zauroczenia imprezą. Ten ostatni stwierdził nawet, że w Kostrzynie jest teraz piękniej niż w Londynie. Cóż, może taplanie się w błocie powinno być dyscypliną olimpijską, może i w cieniu Big Bena zrobiłoby się ciekawiej...
I tak buntowniczy Woodstock stał się miejscem słodkich rozmówek przedstawicieli władz państwowych, którzy urządzili sobie kółko wzajemnej adoracji. Również "spontaniczna" publiczność była dosyć niemrawa. Jak relacjonuje "Gazeta Wyborcza", pewien student pokusił się nawet o zadanie Gauckowi pytania o to, czy namawiałby Polskę do wejścia do strefy Euro, a następnie powiedział: "Tyle panowie mówią o wolności i swobodach. A czy mogę usiąść obok panów i zrobić wspólne zdjęcie? Jesteście tacy otwarci".
Oczywiście trzeba było stworzyć tez jakiś pozór buntu. Dlatego nie zabrakło pytania o ograniczanie prawa do zgromadzeń. Tyle, że odpowiedź Komorowskiego była z cyklu tych "By żyło się lepiej. Wszystkim". "To prawo ogranicza co najwyżej ryzyko mordobicia. Na stadionach bandyci nie mogą zasłaniać twarzy. Dlaczego mają ukrywać twarze na ulicy?" - odpowiedzial Bronisław "Mistrz ciętej riposty" Komorowski.
I właśnie takie rozmówki były ozdobą festiwalu, który zasłynął jako oaza wolności, ucieczka od szarej rzeczywistości, ociekającej polityką. Ostatnio Przystanek Woodstock to - w przeważającej części - spęd "dzieciaków z dobrych domów", które pragną choć raz "pobawić się na niegrzecznie" i łykną każdą tandetną propagandę, jaką podsunie im Owsiak i spółka.
Prawdziwych buntowników już nie ma? Są, tyle, że w ich role wcielają się konserwatyści. Nie kto inny, a aktywiści pro-life zostali zwinięci przez naszych bohaterskich mundurowych "do suki" i przewiezieni na sygnale (sic!) na komisariat. To im, a nie długowłosym buntownikom postawiono zarzuty rodem z PRL-u, bo władzy nie spodobały się ich bannery. To jest prawdziwy bunt, a nie dzikie pląsy w piachu na łańcuchu wladzy!
Najbardziej groteskowe jest jednak to, że obrońcom życia postawiono zarzut z art. 141 kodeksu wykroczeń, ktory dotyczy prezentowania nieprzyzwoitych treści w miejscach publicznych. No tak, bo przecież woodstockowa młodzież słynie z dobrych manier, ogólnej ogłady i przestrzegania zasad savoir vivre'u. A hasło "Oddam się za darmo", jakie wywiesiła pewna uczestniczka festiwalu na swoim namiocie, też pewnie nie jest "nieprzyzwoitym ogłoszeniem, napisem lub rysunkiem".
W końcu to darowizna, a wszystkie oszczędności woodstokowicze muszą zostawić w Lidlu. Jak na antysystemowców przystało...
Aleksander Majewski

