Fronda.pl: Kto, według Pana, stracił na takim, a nie innym, werdykcie rosyjskiego MAK-u w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej?

Gdyby rozpatrywać to w kategoriach piłkarskich lub w kategoriach poszukiwania winnych, to największym przegranym jest „kolega Piar”. Nie wspominam o tym, że najbardziej przegraną jest Polska, ale to jest ponad wszelką dyskusją. Natomiast „kolega Piar” jest najbardziej przegrany, ponieważ podporządkowanie piarowi i doraźnym zyskom, doraźnie nabijanym punktom, wprowadziło - można powiedzieć - ten „pojazd” w korkociąg, z którego nie ma dobrego wyjścia. Powiedziało się A, to powiedziało się i B. Przy czym istniała jakaś taka głęboka naiwność, że przeciwnik, uznany czasowo za przyjaciela, będzie się zachowywał arcysportowo. I powiedzmy, pozwoli sobie w tym meczu, który wiadomo, że jest przegrany, strzelić sobie honorowego gola. Tymczasem jest to wynik 0:10 dla tego przeciwnika. Zero litości. Nie pozwolono Tuskowi strzelić nawet honorowej bramki, nawet jej zamarkować. Oczywiście jest to konsekwencją tego, że jest to mecz międzypaństwowy, a nie gra na „Orliku”, ustawiona zresztą.

Gdyby Rosjanie kierowali się taką założoną logiką, to oczywiście nic nie stałoby na przeszkodzie, aby powiedzieć, że obie strony ponoszą pewną winę - oczywiście ona nie jest równa, rozkłada się głównie na Polaków, ale jakieś 20 proc. to jest również nasza – Rosjan - wina, bijemy się w piersi, nie wszystko było najlepsze.

I podejrzewam, że byłoby to rozwiązanie bardzo wygodne dla wszystkich, ponieważ ono by w dużym stopniu problem chyba zamykało.

Natomiast rozwiązanie, które zostało w tej chwili przyjęte, czy też wymuszone, powoduje, paradoksalnie, że z jednej strony w piekielnie trudnej sytuacji znalazł się sam Tusk, ponieważ nie ma on zupełnie manewru, jest zamknięty w polu karnym, a strzelać goli mu nie wolno, tym bardziej, że jest to jego własna bramka. Druga kwestia jest z kolei niekorzystna dla całej sprawy, ponieważ wydawało się, że teorie spiskowe „ciekną” gdzieś po marginesie, są dopuszczalne poza marginesem głównego nurtu; w tej chwili jedno kłamstwo rodzi rosnące podejrzenie – i tego dowodem jest chociażby komentarz „Gazety Wyborczej”, że za jednym kłamstwem mogą się kryć następne. Zaciekła obrona własnych pozycji, zwalanie wszystkiego na Polaków, i to w formie obraźliwej, powoduje, że niewinny nie broni się aż tak bardzo, zważywszy, że błędy ze strony rosyjskiej są bezsporne. Siewiernyj to nie jest lotnisko JFK (w Nowym Jorku – przyp. red.), z najlepszą zmianą kontrolerów lotów po świeżych podwyżkach.

Znaleźliśmy się w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia, bo nie przypuszczam, aby Rosjanie mogli rzucić jakiś ochłap, poza jakimiś naprawdę ogólnymi rzeczami, które nic nie wniosą. Powiedzmy sobie otwarcie: te pochwały dla Tuska ze strony rosyjskiej są w wypadku opinii krajowej jeszcze dodatkowo nokautujące. Znowu wrócę do piłkarskiej analogii: po przegranym meczu podchodzi przeciwnik, podaje rękę i mówi: „Ale wiecie, te wasze podania zaraz na pole karne, po których padły cztery bramki, były naprawdę fajne”. Tak więc tu wyjścia nie ma. Ja przypuszczam, że sprawa może mieć kilka rozwiązań. Nie sądzę, żeby została zapomniana, żeby ukręcono jej łeb. Wielkie sprawy tego typu mają to do siebie, że odchodzą z pola wyobraźni ludzkiej, stają się oczywiście tematem dla badaczy (żeby przypomnieć chociażby zabójstwo Kennedy’ego czy katastrofę w Gibraltarze), ale nie mają wpływu na doraźną politykę. Natomiast tu się okazuje, że stosunek do Smoleńska będzie miał rozstrzygającą – w stopniu znacznie większym, niż przed paroma tygodniami myśleliśmy – rolę dla polityki przyszłych miesięcy, a może i lat. Co sam zresztą nie bardzo dopuszczałem.

 

Sądzi Pan, że Donald Tusk znalazł się w poważnych opałach i musi zacząć wreszcie „grać” na polską rację stanu, a nie na rosyjską, jak się mogło czasami do tej pory zdawać?

Nie jestem aż tak zajadły, aby stwierdzić, że Tusk grał na obcą rację stanu. On po prostu grał źle. Jemu się wydawało, że on gra na naszą, a przede wszystkim na swoją rację stanu. Wydawało mu się, że coś przy tym utarguje. Po prostu mógł sobie pomyśleć: nic już życia tym ludziom nie zwróci; nawet gdyby prawda była bardzo niekorzystna, to przecież ani my, ani Unia Europejska, ani Barack Obama wojny Rosji nie wypowie, nawet handlowej, prawda? W związku z tym, jeżeli można na tę okazję na przykład wytargować poprawę stosunków, ten osławiony reset, czyli zbić punkty, to wydaje mi się, że w perspektywie tych pierwszych tragicznych godzin, kiedy pewnie gorączkowo rozważano przyjęcie strategii, wydawało się – mówiąc Wałęsą – że są same „plusy dodatnie”.

Zabrakło jednego, co czasami w polityce powinno mieć miejsce – moralności. Cała ta kalkulacja – i dlatego mówię o koledze, a może nawet o towarzyszu Piarze, była liczona w kategoriach zysków i strat, i to glównie w sferze wizerunku. To nie było rozważanie w kategoriach racji stanu, i w żadnym wypadku nie było to rozważanie w kategoriach honoru. I już poza wszystkim innym, niezależnie od prawdy, puszczony w świat wizerunek pijanego polskiego generała, prowadzącego samolot z prezydentem na pokładzie, to jest przysługa – powiedzmy sobie – na stulecia. To jest gęba doklejona nam na wiele, wiele lat.

 

Czy spora część polskich mediów, dziennikarzy, już po ogłoszonym raporcie i wnioskach MAK-u, odgrywała taką wołkowowską rolę rosyjskich „pudeł rezonansowych”?

Po pierwsze nastąpiła ogromna dezorientacja. To są historie nie do obrony z żadnej pozycji, bo podkreślam, pozostają sprawy ewidentne, jakimi są kłamstwa, fałszerstwa, upokarzanie, pomawianie nieżyjących. Możemy dyskutować i wypracowywać opinie, na ile kontrola wieży lotniska była ubezwłasnowolniona - to już kwestia interpretacji. Podobnie jak tych zdań, które nagle, ni stąd ni zowąd, udało się odczytać. Podejrzewam, że jeśli śledczy będą kontynuować robotę, to jeszcze więcej zdań się odczyta.

Wydaje mi się, że zacietrzewienie mediów czy też pewne zaślepienie, wynika z trwającej wojny polsko-polskiej. Myśmy osiągnęli taki poziom absurdu, że, być może – mówię to z pewnym optymizmem  - p. Wróblewski z „Gazety Wyborczej” zostanie okrzyknięty pierwszym łopatowym, który zaczął wojnę polsko-polską zasypywać.

Rozmawiał Robert Jankowski

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »