Chora wydaje mi się sytuacja, kiedy znaczna część środowiska przyjmuje coś na wiarę (w dodatku ślepą), tym głębsza - im więcej przesłanek tę wiarę podważa. Osobiście nie wiem do końca co zdarzyło się nad lotniskiem Sieiwernym, ale z grubsza wiem co się zdarzyło. Zwłaszcza potem. Na pewno nie było żadnego, powtarzam żadnego polsko-rosyjskiego śledztwa, żadnych sekcji, przekopywania ziemi, badania wraku lub choćby zmierzenia nieszczęsnej brzozy. Zrobili to (lub nie zrobili) Rosjanie. Nasza prokuratura niemrawo zabrała się do rzeczy po dwóch i pół latach... Media mainsteramu wspominają o tym nieśmiało, półgębkiem, nie zwracając uwagi że w serze nazywanej raportem Annodiny-Millera już jest więcej dziur niż sera. Śmierdzącego zresztą.

Gołym okiem widać, że teza co się zdarzyło – „wypadek, wina pilotów, naciski prezydenta itp.” została sformułowana zanim jeszcze dopaliły się resztki wraku, a potem trwało tylko coraz bardziej desperackie dopasowywanie faktów do założenia. A im bardziej te fakty nie pasowały. Tym gorzej dla faktów. W dodatku próbowano dokonać rzeczy niemożliwe – wykluczyć obie nasuwające się interpretacje – zamach lub suma zaniechań, złej woli a może i czegoś więcej. W obu wypadku padłoby bowiem pytanie o winnych. A tak winni zginęli.

Jednak wracam do kwestii dla mnie podstawowej do roli dziennikarzy. Bez zaangażowania mediów trwający stan paranoi nie byłby możliwy. Oficjalne wersje rozpadłby się w krzyżowym ogniu pytań. A tymczasem osiągnięto stan idealny z PRL-u - żurnaliści stali pasem transmisyjnym stanowiska rządu i partii do mas. Rozumiem strach, rozumiem konformizm. Nie rozumiem nadgorliwości i braku wyobraźni. Przecież prędzej czy później przyjdzie wam drodzy koledzy, za te dzisiejszą postawę zapłacić.

Marcin Wolski

Felieton ukazał się na stronie www.sdp.pl