Były już redaktor naczelny „Newsweeka”, który nadal próbuje udowodnić wydawcom tego pisma, że jest równie dobrym pogromcą prawicy, jak jego następca, postanowił uderzyć w tych, których nie uważają, że profanacja i bluźnierstwo jest najlepszą metodą walki z Władimiriem Putinem, i nie są zachwyceni poglądami Pussy Riot. Zestaw argumentów jest boleśnie przewidywalny (cały świat broni, a oni nie, oni przegrywają u siebie więc popierają dyktatorów – do których listy zaliczył się Victor Orban), ale najciekawsze „argumenty” zostawił na koniec, w którym dowodzi, ni mniej ni więcej, tylko tego, że prawica ma się zamknąć, a każdy kto myśli inaczej niż on, ma zejść mu z oczu.
„Niech więc prawica znajdzie inne pola do prowadzenia tych swoich wojen zastępczych. Na przykład w internecie. Załóżcie sobie, Szanowni Prawicowcy, wirtualną IV RP na wzór gry ''The Sims''. Będziecie tam mogli zakazać aborcji, in vitro, rozwodów, handlu w niedziele, związków partnerskich, koncertów Madonny i obrazów Nieznalskiej. Będziecie mogli nakazać, by dzień święty święcić, krzyże wywieszać, mundurki nosić, Ziemkiewicza czytać, rocznice obchodzić, ojczyznę kochać i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło. W ogóle wszystko będziecie mogli, bo nikt oprócz was nie będzie tam zaglądać. A w zamian za tę wolność w wirtualnym świecie zróbcie nam drobną grzeczność w realu: odpieprzcie się od dziewczyn z Pussy Riot” - napisał Maziarski.
Co oznaczają te słowa? Otóż ni mniej ni więcej, tylko tyle, że Maziarski uznał, że ma już prawo ograniczać wolność słowa, i że jego słowa, próba wykluczenia potężnej części opinii publicznej z debaty, nie wzbudzą już oburzenia. A nie wzbudzą, bo wytrwałe działania lewactwa powoli prowadzą do społecznego wykluczania tych, którzy myślą inaczej niż ono.

