Niestety, urzędnicy – począwszy od tych piastujących najwyższe stanowiska aż po zwykłe powiatowe ciury – robią wszystko, by pozbawić nas tych niezbywalnych praw; starają się jak mogą by z człowieka zrobić niewolnika, zaprogramowaną maszynkę do robienia pieniędzy, która ani na centymetr nie przekroczy ustalonych przez nich norm. Ma być robotem zaprogramowanym paragrafami ustaw, uchwał, załączników, zakazów i nakazów. Robotem całkowicie kontrolowanym i sterowanym.
Wolność
Wolność każdego z nas kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka – to prawda znana każdemu. Mogę robić wszystko, co nie naruszy wolności mojego sąsiada, współpasażera w pociągu, kolegi z pracy czy przypadkowego przechodnia, którego mijam na ulicy. Niestety, funkcjonariusze państwowi mają tę zasadę w głębokim poważaniu i już dawno pocięli ją przepisami na kawałki, które w dodatku przestały do siebie pasować.
Art. 31 p. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej brzmi: „Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje”. Tymczasem każdy z nas codziennie jest zmuszany do zachowania sprzecznego z naszą wolą.
Przykład nr 1: w upalny dzień, kiedy żar leje się z nieba siadam sobie na ławeczce parkowej, nad stawem, po którym dumnie pływają łabędzie z puszką zimnego piwa. Po chwili zjawia się patrol policji, legitymuje mnie i karze mandatem w wysokości stu złotych za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym informując przy tym, że ugasić pragnienie mogę w najbliższym pubie i nigdzie indziej. Jednym słowem jestem zmuszony do zmiany miejsca pobytu wbrew własnej woli bądź do rezygnacji z wypicia całkiem legalnego napoju, kupionego w legalnym sklepie, od którego to zakupu państwo pobrało spory podatek. Co prawda następny, trzeci punkt tego samego artykułu ustawy zasadniczej głosi, że „Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”, jednakowoż ja nie widzę, w którym miejscu owe ograniczenie mojej wolności spożycia piwa jest uzasadnione owymi konstytucyjnymi wyjątkami. Czy pijąc piwo zagrażam bezpieczeństwu państwa? Czy może naruszam bezpieczeństwo publiczne? Czy zagrażam środowisku naturalnemu albo zdrowiu publicznemu? Może ograniczam wolność innych osób? Nie sądzę. Jedynym powodem ograniczenia mogłaby być owa moralność publiczna, która ucierpieć może przez moje nielegalne spożywanie trunku, ale tylko pod warunkiem, że Polska byłaby krajem muzułmańskim, w którym obowiązywałby szariat zamiast prawa stanowionego w sposób demokratyczny. Urzędnicy mają na ten temat inny pogląd, dla nich człowiek pijący legalny napój w miejscu dostępnym dla wszystkich staje się z miejsca wyrzutkiem wyjętym spod prawa, którego trzeba ścigać z całą surowością bzdurnych przepisów.
Przykład nr 2: czterech facetów przy kawiarnianym stoliku rżnie w karty. Ściślej w pokera. Stawki są niewysokie, w obiegu wyłącznie nominały 1, 2 i 5 groszy. Gra jest zacięta, licytacja twarda, ale wszyscy dobrze się bawią. Do momentu, kiedy na salę wpada patrol policji i aresztuje całą czwórkę pod zarzutem nielegalnego hazardu. Skonfiskowane – jako dowód w sprawie – zostają karty i leżąca na stoliku pula, wypełnione zostają setki formularzy, zawiadomiony zostaje prokurator, w końcu dochodzi do rozprawy przed sądem. A wszystko dlatego, że czterech facetów chciało po prostu w miłym towarzystwie i w sympatycznej atmosferze spędzić sobotnie popołudnie. Nikomu nie wadzili, nie narazili bezpieczeństwa publicznego, nie siali zgorszenia ani nie naruszali wolności innych ludzi – czyli nie nastąpił żaden z konstytucyjnych warunków ograniczenia wolności osobistej jednostki. Urzędnicy jednak uważają inaczej, sąd uznaje winę całej czwórki i panowie trafiają do rejestru skazanych. Za kilka chwil dobrej zabawy zapłacili brakiem dostępu do wielu zawodów i piętnem skazańca. I nic nie pomoże, że najważniejszy akt prawny w państwie, którego przepisy „stosuje się bezpośrednio” w Art. 30 mówi: „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.”- przyrodzona i niezbywalna godność człowieka ginie w gąszczu przepisów, ginie zabita przez bezmyślnych urzędasów, dla których liczy się tylko litera prawa a jego duch błąka się jak potępieniec w sądowych zakamarkach, późnym wieczorem i w weekendy, kiedy gmach jest pusty i nie ma w nim prawników.
W kraju nad Wisłą wolności już prawie nie ma. Nie mogę sobie kupić zwykłej, stuwatowej żarówki – jestem zmuszony kupować energooszczędne badziewie nafaszerowane rtęcią. Tak zarządziła Unia Europejska - ta sama Unia, która zakazała produkcji i sprzedaży lekarskich termometrów rtęciowych jako niebezpiecznych dla środowiska. Nie mogę za mieszkanie zapłacić gotówką przywiezioną w walizce – też wymóg Unii. Nie wolno mi spalić w piecu niepotrzebnych papierów, bo podobno to zatruwa środowisko naturalne – muszę lecieć do skupu makulatury albo wywalić na śmietnik. Niczego tak naprawdę mi nie wolno, a kiedy już coś zrobię i zostanę złapany to jełop w mundurze miejskiego ceklarza ukarze mnie mandatem, choć tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia dlaczego mnie karze. On nie ma wiedzieć – on ma wykonywać polecenia i działać odchudzająco na obywatelskie portfele. Biologiczny robot.
Własność
Wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że całkowitym przypadkiem i zupełnie niespodziewanie odziedziczyłeś stary młyn wodny. Przeprowadziłeś – w ścisłym porozumieniu z konserwatorem zabytków – remont, a do koła wodnego podłączyłeś turbinę wytwarzającą prąd. Wszystko zgodnie z prawem, masz cały komplet dokumentów od aktu własności, poprzez zgodę wzmiankowanego konserwatora na adaptację młyna na małą elektrownię, pozwolenia gminnego inspektora nadzoru budowlanego aż po ekspertyzę bezpieczeństwa energetycznego. Jednym słowem jesteś szczęśliwym posiadaczem własnego prądu elektrycznego, który... możesz sobie magazynować w pustych wiadrach. Nie masz otóż prawa sprzedać wytworzonego przez siebie prądu nikomu, poza koncesjonowanym odbiorcą, którym zwykle jest lokalne przedsiębiorstwo energetyczne. Nie masz nawet prawa oddać nadwyżek wyprodukowanej energii sąsiadowi całkiem za darmo. Jednym słowem nie masz prawa do niczego, Twoja własność – czyli wytwór Twojej pracy – nie należy do Ciebie. A przecież konstytucja w Art. 64 p. 3 stanowi: „Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności”. Otóż ograniczenie tej własności w taki sposób, że nie można z nią zrobić nic poza oddaniem jej (za darmo czy też za pieniądze, bez różnicy skoro nie ma wyboru) wyznaczonej osobie tudzież instytucji narusza istotę prawa własności, na którą składa się m.in. prawo posiadania (ius possidendi) i prawo rozporządzania (ius disponendi) ową własnością. Ustawa „Prawo energetyczne” odbiera Ci, drogi Czytelniku, owe prawa, co oznacza, że jest sprzeczna z ustawą zasadniczą. I nie pomoże tutaj żadne zawodzenie odpowiedzialnego urzędnika, że jest to zgodne z racją stanu, bezpieczeństwem energetycznym i innymi dyrdymałami. A jeżeli już zawodzić musi, to niech Ci udowodni, że sprzedając prąd sąsiadowi za połowę ceny rynkowej zagrażasz bezpieczeństwu energetycznemu kraju. Jeżeli zaś takiego dowodu przeprowadzić nie potrafi – bez wdawania się w niepotrzebne deliberacje pogoń darmozjada do uczciwej roboty.
Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku własności gruntu. Co prawda właściciel może go sobie posiadać, może też nim dysponować (sprzedać, podarować itp.), ale już nie może – bez zgody państwa, a ściślej reprezentującego to państwo urzędnika – korzystać z tegoż gruntu (ius utendi) wedle własnej woli. Nie może na ten przykład postawić na własnym gruncie domu i w nim zamieszkać. W paradę wchodzi ustawa „Prawo budowlane”, która wymaga każdorazowego zezwolenia na jakąkolwiek inwestycję. Jeżeli zaś właściciel spróbuje samodzielnie i bez informowania odpowiednich organów postawić sobie choćby drewnianą szopę – organy te wkraczają, rozbierają „samowolę budowlaną” a kosztami tejże rozbiórki obarczają właściciela. Jest to kolejny przykład naruszenia konstytucyjnych praw, które to naruszenie jest legitymizowane wyrokami sądów. Sądów, które najwyraźniej mają gdzieś Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej i kierują się swoją własną, niezrozumiałą dla przeciętnie inteligentnego człowieka, logiką.
Godność
Państwo urzędnicze zabrania swoim poddanym (słowo „obywatel” jest mało pasujące) dowolnie rozporządzać własnością. Pomińmy elektrownie, działki i wszystko to, na co pozwolić mogą sobie nieliczni. Państwo nie pozwala babci emerytce sprzedać wyhodowanej w przydomowym ogródku marchewki czy własnoręcznie ukiszonego żuru. Babci nie wolno sobie dorobić do renciny, no chyba, że zarejestruje działalność gospodarczą, opłaci ZUS i zakupi kasę fiskalną. Wtedy proszę bardzo, po dodatkowym uiszczeniu opłaty targowiskowej babcia może sobie sprzedawać co chce. Jeżeli to jest produkt spożywczy to – oczywista oczywistość – musi jeszcze posiadać książeczkę zdrowia, ale to już mały kłopot. Książeczka jej do niczego nie potrzebna, bo w sposób LEGALNY niczego sprzedawać nie będzie. Musiałaby całą swoją rencinę – do której chce dorobić – dołożyć do interesu, a i tak zapewne byłoby to za mało. Babcia zatem sprzedawać marchewki i żuru nie będzie, ale może za to pójść do opieki społecznej po zapomogę. Państwo z kobiety żwawej i chętnej do pracy czyni żebraczkę, która idzie i prosi o jałmużnę. Państwo odebrało tej kobiecie godność. A co mówi konstytucja? Artykuł 30 już cytowałem, ale zrobię to jeszcze raz (I będę go cytował ciągle i wszędzie, bo to jest – moim skromnym zdaniem – najważniejszy zapis w konstytucji, który każdy urzędnik państwowy powinien mieć wryty w zwoje mózgowe na stałe): „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych”. A władze publiczne pod postacią Policji i Straży Miejskiej w ramach tego obowiązku pilnują, żeby babcia chcąca dorobić nie próbowała odzyskać tejże godności w sposób nielegalny. Pomijając sprawę godności osobistej sytuacja taka jest absurdalna o tyle, że państwo urzędnicze woli płacić grube pieniądze w ramach pomocy społecznej niż pozwolić ludziom samodzielnie te pieniądze zarobić. Idiotyzm? Owszem, ale w głowie urzędnika ten idiotyzm jawi się jako święty porządek prawny, który musi być za wszelką cenę utrzymany. W przeciwnym bowiem wypadku ów urzędnik przestanie być do czegokolwiek potrzebny. Kiedy ludzie sami zaczną o siebie dbać okaże się, że próżniacza klasa urzędników to banda darmozjadów przejadających nasze, ciężko zarobione pieniądze.
Wolność, własność, godność. Trzy słowa, trzy rzeczy, których w naszym życiu najbardziej chyba brakuje. Odebrało nam je państwo, które przestało już być naszym państwem a stało się zrakowaciałą naroślą na zdrowej, społecznej tkance. Najsmutniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że powoli przestaliśmy ten brak zauważać a ludzi, którzy wprost mówią o tym, że zrobiono z nas niewolników we własnym kraju traktujemy jak dziwaków, jak wariatów. Był kiedyś taki stary dowcip: w oknie szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych, które wychodziło na wielkie pole truskawek, stoi pacjent i gapi się na chłopa jeżdżącego tam i z powrotem ciągnikiem z przyczepą, z której coś na te truskawki się sypie. Po pewnym czasie nie wytrzymał i woła: „Panie! Panie! Co pan robisz?!” Chłop po jakimś czasie odpowiedział: „No jak to co? Sypię gnój na truskawki!”. Pacjent podrapał się po głowie, odszedł od okna i szepnął pod nosem: „Ja tam na truskawki sypię cukier. Ale ja jestem wariat...”. I tak jest z nami, którzy dostrzegamy powolną utratę niezbywalnych praw nam przysługujących – wiemy, że truskawki lepiej smakują z cukrem, ale zaczynamy się bać wyrazić tę opinię na głos...

