Od jakiegoś czasu słyszę, że katolik może zagłosować za ustawą dotyczącą in vitro, bowiem poprawia ona sytuację w tej dziedzinie i kończy sytuacje „wolnej amerykanki”. I gdyby rzeczywiście tak było, to nawet w sytuacji stanowienia prawa niedoskonałego, katolik mógłby na nią – zgodnie z klauzulą „Evangelium vitae” – rzeczywiście zagłosować. Problem polega tylko na tym, że tak nie jest. Prawo, które zaproponowała Ewa Kopacz nie poprawia sytuacji, a jedynie legalizuje najbardziej skandaliczne procedury związane z zapłodnieniem pozaustrojowym. Jeśli można w niej zaś znaleźć jakiekolwiek ustępstwa, to tylko w kwestiach w istocie nieistotnych z punktu widzenia klinik i przemysłu prokreacyjnego.

Przykładem takiego nieistotnego ustępstwa jest zmniejszenie liczby tworzonych zarodków z ośmiu do sześciu. To zmiana jedynie kosmetyczna i pozbawiona znaczenia, bowiem z badań wynika, że z punktu widzenia procedury optymalna jest liczba od pięciu do siedmiu stworzonych zarodków. Większa ich liczba nie zwiększa skuteczności procedury, mniejsza radykalnie ją zmniejsza.. A zatem zejście z ośmiu do sześciu nic nie zmienia, szczególnie, że gdy kobieta ma powyżej 35 roku życia, to zarodków można tworzyć więcej, a potem… je selekcjonować zgodnie z najgorszymi eugenicznymi tradycjami.

I tu dochodzimy do drugiego zarzutu, czyli właśnie eugeniki. Ustawa jednoznacznie ją dopuszcza, pozwalając na likwidację i odrzucenie tych dzieci na wczesnym etapie rozwoju, u których wykryto choroby. To niezgodne z polską konstytucją, która zakazuje dyskryminacji ze względu na stan zdrowia, ale korzystne dla klinik, które od dawna i tak to robią. Korzystne dla klinik, a dramatycznie szkodliwe dla dzieci i społeczeństwa jest dopuszczenie anonimowego dawstwa. Klinikom się to opłaca, bowiem dzięki temu łatwiej im pozyskać dawców spermy czy komórek jajowych, ale na świecie powoli – za sprawą wyroków sądu – odchodzi się od tego rozwiązania, które narusza prawo człowieka do wiedzy o jego pochodzeniu. Niemieckie i amerykańskie sądy wydają wyroki, w których nakazują klinikom ujawnienie danych o dawcach, tak by dorosłe już dzieci z in vitro wiedziały kim są, także w wymiarze biologicznym czy genetycznym. Polska, wyraźnie zgodnie z interesami klinik, ale niezgodnie z zasadami, uznaje, że człowiek nie ma prawa do wiedzy o tym, kim jest.

Zaskakuje także (choć jest zrozumiałe z punktu widzenia interesu finansowego klinik) brak zapisów dotyczących ograniczenia wieku kobiet, które mogą być poddane procedurze. Zyski jakie mają kliniki są zrozumiałe, bo dzięki temu zapisowi, panie, które zapomniały o macierzyństwie będą mogły sprawić sobie bobaska także w wieku, gdy zostaje się raczej babcią, i który uniemożliwi im wychowanie własnego dziecka. Ale skoro płacą, to im wolno, kliniki zgarniają kasę i nie interesują się dobrem dziecka. W Rumunii najstarsza matka z in vitro miała 67 lat, i zgodnie  z polskim, proponowanym obecnie, prawem u nas może być podobnie.

Sprzeczne z polską konstytucją i z najlepiej pojmowanymi prawami dzieci jest także uznanie, że prawo do in vitro powinno przysługiwać także konkubinatom. To oznacza, że rząd uznał, iż rodzina i małżeństwo nie jest najlepszym miejscem do wychowania dzieci, i że konkubinat (choć jest on z natury mniej trwały i co więcej bardziej narażony na przemoc) jest przynajmniej tak samo dobry. To, niestety, kolejny dowód na to, że interesy dzieci nie mają znaczenia, a liczy się tylko zadowolenie dorosłych i ich plan na życie.

Wszystkie te elementy pokazują zupełnie jednoznacznie, że ustawa zaproponowana przez rząd niczego nie poprawia. Zakaz niszczenia zarodków (też ograniczony) jest przecież i tak zawarty w polskim prawie, które chroni życie od poczęcie do naturalnej śmierci, więc tu wystarczy zachowanie konstytucji. A w reszcie spraw rząd przygotował ustawę, która legalizuje i normalizuje głębokie patologie związane z procedurą in vitro. I właśnie dlatego katolik za taką ustawą zagłosować nie może. Nie obejmuje jej bowiem klauzula zapisana w „Evangelium vitae”.

Tomasz P. Terlikowski