1. O czym tu napisać w Wielką Noc, żeby już nie było politycznie?
Może o jajkach?
Niech będzie o jajkach, bo o kurach już pisałem.
2. Nie będę wchodził w filozoficzny spór o chronologiczne pierwszeństwo kury, czy jajka. Staram się tylko przypomnieć, co w naszym regnowskim gospodarstwie było ważniejsze - kury czy jajka? Czy kury trzymało się z powodu ich własnych wartości, czy dla jaj?
Dochodzę do wniosku, że dla jaj. Owszem,większość kur zazwyczaj lądowała w końcu w rosole, ale w ogólnym bilansie liczyły się głównie jajka.
Jajka to był przede wszystkim taki łatwy towar. Szło się do kurnika, odsuwało na bok siedzące w gnieździe kury i wyjmowało im spod przemilczę czego, świeże jajka, kury zaś, niezadowolone z tej grabieży, dziobały po rękach ze złością.
Uzbierałosie takich jaj piętnaście, czyli mendel i w pobliskim sklepie pani Budkowej (GS-owskim, prywatnych sklepów wtedy nie było) można je było w barterze wymienić w zalezności od potrzeb na paczkę herbaty gruzińskiej, marmoladę, smar do wozu albo kilo gwoździ.
3. Kurnik to kurnik, ale bywały też kury indywidualistki, który nie chciały znosic jajek w zatłoczonym kurniku i wydawać je natychmiast w chciwe łapy gospodarza. Bywało więc, że jajek trzeba było szukać, a to w stodole, gdzieś na sianie lub na snopkach, a to w oborze, przysypane sieczką w krowim żłobie, czasem w świńskim chlewie, a to znów w psiej budzie, chociaz pies zazwyczaj, jak już sobie kurę przyhołubił, to jajka przeważnie zjadał, a rozpytywany o obecności kury w swojej kwaterze - nieudolnie zaprzeczał, choć sierść mu lśniła, jak tylko po jajkach lśnić może.
W każdym razie to zbieranie jajek było zajęciem dość pracochłonnym, wymagającym zarówno inteligencji w śledzeniu kury, jak i sprytu w dostaniu sie do miejsca, które kura obrała sobie za kryjówkę. Zwłaszcza warstwa intelektualna miała tu znaczenie, bo pomysłowość kury w zakresie ukrywania jajek stanowiła nie lada wyzwanie dla człowieka usiłującego te jajka znaleźć.
4. Z mojego dzieciństwa, a były to siermiężne czasy gomułkowskie, pamietam, że wiosną, w każde sobotnie popołudnie, wozem konnym jeździliśmy z Mamą do Rawy i zawoziliśmy do wylęgarni całą skrzynię jajek. To były jaja zarodowe, specjalnie przebrane, kurza ferma musiała musiała być zresztą specjalnie do tego celu zakwalifikowana. Sto kur - taka to była ferma, ale i tak jedna z największych w okolicy. I za te jajka to całkiem przyzwoite pieniądze wtedy były.
Dzisiaj jak nie masz trzysta tysięcy kur, to z ciebie żaden drobiarz. Tylko że już prawie nie ma tych zdrowych jaj od szczęśliwych kur wolnogrzebiących, do których należało wszystko - podwórko, dom, stodoła, pole, a niejedna to nawet w domu potrafiła się rozgościć.
5. Miało być tylko o jajkach, bo o kurach już było, ale brat mi przypomniał jedna taką "kurzą" historię, o której jeszcze nie pisałem. Pod naszym domem stała ławka, na której czasem po jakiejś robocie siadaliśmy sobie z ojcem i bratem, żeby sobie pogadać, czasem o gospodarstwie, a częściej o polityce. Zzawyczaj kładły się wtedy obok psy, obsiadały nas koty, ale przychodziła też jedna kura. Najpierw wskakiwała na brzeg ławki, tam chwilę stała, potem niby to roprostowywała skrzydała i przysuwała się parę centymetrów bliżej i tak po kilku podejściach już właściwie siedziała mi albo bratu pod pachą. Trzeba ją było wtedy podrapać po plecach albo posmerać po grzebieniu, a ona siedziała i słuchała tego naszego gadania, aż Mama wyszła i pogoniła nas wszystkich do roboty. Ech, czasy...
6. Przez całe moje dzieciństwo i mlodość jadłem wyłącznie jajka z gospodarstwa. Także, gdy już załozyłem własną rodzinę i przeprowadziłem się z Regnowa do Rawy, jajka zawsze przywoziłem od rodziców z gospodarstwa.
A potem Mama umarła, Ojciec na zdrowiu podupadł, brat gospodarował, ale studiował też zaocznie, więc i kur było coraz mniej, a po paru latach wcale. Nie miał już kto sie nimi zajmować.
I wtedy po raz pierwszy w życiu musiałem na rawskim rynku nie sprzedać, tylko niestety kupić jajka.
Czułem na sobie odium takiego wykluczena, przy którym późniejsze wykluczenie z PSL-u to był pryszcz i bułka z masłem. Oto ja, polski chłop z krwi i kości, który zawsze był po stronie sprzedającej jajka, nagle postawiony został po stronie kupujących. I teraz ja, panisko z miasta, proszę jakąś wiejską kobietę, żeby mi nakładła jajek do koszyka - Boże! Poczułem się odarty, wyzuty z mojej chłopskości, z całej mojej dotychczasowej dumy, z całej mojej siły i godności.
Ale - jak śpiewał Leszek Długosz - spokojnie, przejdzie, nic to, nic!
Przeszło...
7. PRL-owskie gazety dwa razy w roku pisały o jajkach. Na wiosnę, gdzieś tam w okolicach Wielkanocy ukazywał się komunikat pod tytułem - "Obniżka cen jaj!" Jajka taniały w sklepie gdzieś tam z trzy dwadzieścia na dwa osiemdziesiąt za kilogram. A za pół roku, na jesieni ukazywał się drugi komunikat - zmiana cen jaj, oznaczający, że jajka spowrotem będą droższe.
Dla nas rolników wartość tego komunikatu była odwrotna, obniżka cen martwiła, a zmiana cieszyła, bo oznaczała, że pani Budkowa w sklepie będzie płaciła drożej.
Patrzcie - PR-wskich firm nie było, a władza umiała mamić ludzi. Jak taniej to obniżka, jak drożej - to zmiana cen. Podwyżek cen nie było nigdy.
Spokojnie... żadnej aluzji do współczesnych czasów nie uczynię, bo jest Wielkanoc i politykowanie zawieszam aż do porannej Rezurekcji.
Wesołych Świąt i smacznych jajek!
PS. Mam pytanie do wszystkich specyficznie pobożnych i po mojej poprzedniej notce urażonych porównaniem ukrzyżowania do katastrofy smoleńskiej (choć w notce chodziło jedynie o porównanie kłamstwa) - a czy nie razi was, Bracia i Siostry, porównanie Pana Jezusa do baranka?
salon24.pl

