Otóż w „newsweekowym” artykule Pani redaktor Pawlickiej, Tochman zarzuca pallotynom milczenie wokół jego książki Dzisiaj narysujemy śmierć. „Do dzisiaj, a miną niedługo trzy lata od wydania książki – zapewnia reporter, nikt, ani pan Hoser, ani jego otoczenie, nie zareagował na to, co napisałem. Zupełna cisza”. Oj chyba z tą zupełną ciszą coś nie tak, panie Wojtku! Oto kilka faktów. Najlepiej chronologicznie.

1. W styczniu 2011 roku tak pisał do mnie ks. Jacenty Waligórski, autor powieści cytowanej przez Tochmana To Ty, Emmo? „Kiedy jeszcze pracowałem w Prokurze w Brukseli – zauważa w liście ks. Jacenty – proponowałem, abyśmy dokonali analizy tego okresu (chodzi o czas obecności pallotynów w Rwandzie miedzy 1973-1994), tak jak to uczynili jezuici. Było to ich podsumowanie krytyczne w stylu: „zbytnio otaczaliśmy się ludźmi ze środowiska prezydenta Habyarimany”, itp. Myśmy nie potrafili dokonać takiej analizy. Szkoda, bo przecież wielu pallotynów narażało swoje życie, aby ocalić czy pomóc potrzebującym w tym tragicznym czasie. Stąd zrodził się pomysł napisania mojej książki. [...] Kiedy ona już się ukazała, wówczas kolega ze szkoły średniej przesłał mi artykuł z Gazety Wyborczej. Był to tekst Wojciecha Tochmana zapowiadający ukazanie się książki na temat ludobójstwa w Rwandzie. Autor podkreślał w nim, że będzie to pierwsza książka w Polsce poruszająca tę tematykę. Co więcej, podał swój adres elektroniczny prosząc o uwagi. Bezzwłocznie doń napisałem, przekazując mu dziesięć krytycznych uwag. Nie odpowiedział! [...] Oczywiście, książka Tochmana będzie nas ranić – kończy swój list ks. Jacenty, ale czy nie należało zrobić czegoś wcześniej?”.

2. Poniżej podpisany, również w styczniu 2011 roku, po ukazaniu się w Tygodniku Powszechnym artykułu pani Haliny Bortnowskiej pt. Teologia po Gikondo (z 14.12.2010), tak pisał do Naczelnego tegoż tygodnika, ks. Adama Bonieckiego: „Drogi ojcze Adamie, jestem pallotynem i przynależę do Regi Rwandyjskiej. W 2009 roku wylądowałem nad Tybrem i aktualnie posługuję w naszym Międzynarodowym Centrum Formacji Stałej. Spotkaliśmy się lat temu kilkanaście, w Butare, u pallotynów. Byłem wtedy mistrzem nowicjatu. Pamiętam, że na zakończenie naszej miłej i długiej pogawędki, ofiarowałem ojcu małego słonika z hebanu. Ale to nie w sprawie hebanowego słonika piszę! Chodzi o ostatnią książkę Wojciecha Tochmana: Dzisiaj narysujemy śmierć. Dowiedziałem się o jej ukazaniu z artykułu Pani Haliny Bortnowskiej. Poinformował mnie też o niej jeden ze współbraci, który całkiem przypadkowo wysłuchał wywiadu z Tochmanem dla Radia Szczecin. Zdobyłem książkę i przeczytałem. Powinność reakcji rodziła się we mnie z bólem. Popełniłem trzy rożne wersje. Ta, którą dołączam, powstała dopiero w zeszłym tygodniu. Po uzyskaniu placet współbraci, których w artykule cytuję, i oczyszczeniu tekstu z chaszczy agresywności, pomyślałem sobie, że zwrócę się z moim głosem do Tygodnika. Co ojciec na to? A może tekst jest jeszcze zbyt agresywny jak na księdza przystało? Serdecznie pozdrawiam i czekam na odpowiedź jakąkolwiek by nie była”!

3.Po tygodniowym oczekiwaniu, 2 lutego 2011 roku o godzinie 18.42 nadeszła odpowiedź: „Czcigodny i Drogi  Księże. Redakcja się z Księdzem skontaktuje, bo list, oczywiście, zamierzamy wydrukować (może będzie lepiej z całkiem zresztą drobnymi retuszami). Nie chcemy tego dać całkiem solo. Są pewne pomysły. Ja wyjeżdżam na kapitułę do Rzymu i sprawę wziął w swoje ręce mój zastępca (i następca) Piotr Mucharski. Będę mu przypominał, bo sprawa jest ważna i się godzi. Dziwny jest ten antyklerykalny ton w książce Tochmana, który zresztą współpracuje z naszymi [Marianami] w Rwandzie w cennej akcji dożywiania dzieci „Heban”. Ostatnie zdanie Księdza tekstu pięknie łagodzi wcześniejsze „ciosy”. Serdecznie pozdrawiam. Ks. Adam Boniecki MIC”. [Ostatni paragraf tekstu brzmi następująco: „O tym, co stało się w Rwandzie w 1994 roku, będzie się zapewne mówić i pisać bardzo długo, i bardzo różnie. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli tym manipulować. Dlatego tym bardziej potrzebny jest nasz głos w tej sprawie. Być może dziś mści się to, że mało kto chciał o tym mówić, że zasłaniał się brakiem czasu, czyimś nastawieniem czy własnym lękiem: „nie ma się czym chwalić” – mówił jeden z nas. Wybieranie milczenia w tej kwestii, nie jest najlepszym rozwiązaniem, tym bardziej dzisiaj, na tle innych bolączek Kościoła. Paradoksalnie więc, lepiej jednak, że ta książka jest, niż gdyby jej nie było”].

4. Minęły dwa miesiące, a tu nic, ani od Bonieckiego, ani od Mucharskiego, bo list mój wysłałem również na adres Piotra Mucharskiego. Podał mi go sam ks. Boniecki. Zniecierpliwiony, 7 marca 2011 roku napisałem, że rysować wspólnie nie będziemy: „Czcigodni Redaktorzy Tygodnika, mija drugi miesiąc od kiedy wysłałem mój tekst dotyczący książki Tochmana. Otrzymałem obiecanki, że „sprawa jest ważna i się godzi”; zapowiedzi „pomysłów” i ewentualnych retuszów… Zmobilizowałem nawet ks. Filipka, aby jako główny bohater IV rozdziału książki, i on coś napisał. Napisał i przesłał do Tygodnika. Głęboka cisza! Niektórzy, chyba raczej niezbyt sprzyjający Tygodnikowi, mówili mi od samego początku: Szkoda czasu i zachodu. Tygodnik tego i tak nie wydrukuje. Chyba mieli racje!? Rozumiem i szanuję „priorytety” Tygodnika. […] Dlatego postanowiłem nie zawracać wam więcej głowy i proszę, abyście tekstu mojego nie drukowali! Inaczej mówiąc, rysować nie będziemy: ani z retuszami, ani bez retuszów! Z braterskimi pozdrowieniami, ks. Stanisław Stawicki SAC”.

5. Tym razem, ks. Adam Boniecki zareagował natychmiast: „Czcigodny Księże, materiał przekazałem kolegom i teraz mogę tylko ich spytać i przypilić. Ja już powoli odchodzę z mojego „fotela”. Mam jednak nadzieję, że sprawa nie zatonęła. Ks. Adam Boniecki MIC”.

Stety, niestety, zatonęła! W maju, podczas beatyfikacji Jana Pawła II, dotarły do mnie komentarze, że tekst pt. O Tochmana rozliczaniu pallotynów miał być „zbyt mocny”, dlatego też nie ukazał się w Tygodniku! Czyżby? Gdyby co, można go przeczytać na stronie Warszawskiej Prowincji Pallotynów:

http://www.pallotyni.pl/prowincja.wa/prowincje-regie/89-regia-swietej-rodziny-rwanda-kongo-dem/495-o-tochmana-rozliczaniu-pallotynow.html (wersja skrócona)

oraz:

http://salvatti.salon24.pl/321461,pallotynskich-listow-w-tp-nie-bedzie (wersja integralna).

Poza tym, oprócz pallotynów pracujących w Rwandzie (Waligórski, Stawicki i Filipek), na książkę Tochmana reagował i to kilkakrotnie, ks. Jerzy Limanówka SAC, z Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti. Proszę zajrzeć:

http://kosciol.wiara.pl/doc/890199.Moralne-obezwladnienie

czy na stronie Gościa:

https://gosc.pl/doc/890199.Moralne-obezwladnienie

czy w Salonie24:

http://salvatti.salon24.pl/321461,pallotynskich-listow-w-tp-nie-bedzie

Doczekał się nawet odpowiedzi redaktora Mucharskiego z Tygodnika Powszechnego:

http://tygodnik.onet.pl/30,0,65190,listy_otwarte__listy_zamkniete,artykul.html

Czy Tochman mógłby do dziś ignorować istnienie wszystkich tych reakcji z otoczenia pana Hosera? Nie chce mi się w to wierzyć! Poza tym czyżby ks. Adam Boniecki, który w maju 2011 roku przeprowadził z Tochmanem rozmowę na temat jego książki (Kraj płacze, a ich nie ma), omieszkał poinformować swego rozmówcę o reakcjach polskich pallotynów pracujących w Rwandzie? Dlaczego więc Tochman uparcie twierdzi, że „nikt, ani pan Hoser, ani jego otoczenie, nie zareagował na to, co napisałem. Zupełna cisza”. Czy Waligórski, Stawicki, Filipek i Limanówka nie przynależą do „otoczenia pana Hosera”? Czyżby Tochman oczekiwał reakcji Episkopatu Polski? [często bowiem mówi o konieczności rozliczenia Kościoła polskiego z ludobójstwa w Rwandzie]. A może nawet liczy na reakcję samego „pana Papieża”?

I jeszcze jedno.

W tych dniach rozmawiałem z tochmanowym bratem Piotrem z Gikondo, czyli bratem Zdzisławem Olejko, pallotynem. „To ja wyjechałem po Wojtka na lotnisko, gdy po raz pierwszy przybył do Rwandy – powiada. Ponieważ zamieszkał u nas na Gikondo, zajmowałem się nim, obwoziłem po Kigali i pomagałem na ile mogłem… Jeśli pojawił się w Rwandzie 6 może 7 razy, to góra”. Brat Zdzisław mieszka na Gikondo od 2004 roku. Tochman nazywa go w książce swoją ostoją, gdyż to on dbał o to, by reportażysta „pił filtrowaną wodę, jadł słodkie ananasy i miał wygodne spanie” (Dzisiaj narysujemy śmierć, s.90). Więcej, Tochman wyznaje w swojej książce, że przybywając do Kigali, zawsze zatrzymywał się u Pallotynów. „Mieszkam na Gikondo zawsze, kiedy wracam do Rwandy. To moja baza w Kigali. Stolica jest położona w centrum kraju, stąd łatwo wszędzie dojechać. Pallotyni mają tu tanie i chłodne pokoje w ceglanych domach podobnych do baraków, wielki piękny ogród, świergot ptaków, ciszę i spokój” (s.95). Skąd więc ta pewność pana Szczygła, który mówi: „Wojciech Tochman […] w Rwandzie był 337 razy, jestem tego pewien”? Kroniki wspólnoty na Gikondo nie zanotowały tak częstych wizyt rodaka znad Wisły. Wychodzi na to, że Tochman jednak nie zawsze zatrzymywał się u pallotynów…

A może to było tak:

Spotyka się Tochman ze Szczygłem.

– Chciałbym 338 raz polecieć do Kigali – powiada ten pierwszy.

– A co, już tam byłeś 337 razy? – pyta zdziwiony przyjaciel.

– No jeszcze nie, ale tyle razy chciałem tam być!

Ks. Stanisław Stawicki SAC
Goma/RDC

Tekst pochodzi ze strony www.pallotyni.org