"Zaraz po wejściu na stadion spojrzałam w niebo i pomyślałam, aby "Kama" była ze mną. I była. Kiedy wchodziłam do koła przed piątym i szóstym rzutem też patrzyłam w górę i prosiłam Kamilę, żeby rzucała razem ze mną. Dziękuję jej i dedykuję ten medal" - cytuje słowa Anity Włodarczyk Dziennik.pl. "Buty Kamy miałam od trzech lat. Na ostatnim zgrupowaniu, w ośrodku Cetniewo we Władysławowie, wyjęłam je pierwszy raz z szafki i zacząłem rzucać, aby dotrzeć. One mi pomogły, rękawica mi pomogła i po 12 latach znów Polka ma medal w tej konkurencji" - tłumaczy wicemistrzyni olimpijska.
W konkursie nie zabrakło emocji. Do końca nie było wiadomo, jaka będzie ostateczna klasyfikacja, ponieważ Niemka Betty Heidler cały czas prowadziła dyskusję z sędziami. "Wkurzyłam się tylko przed ostatnim rzutem, gdyż Heidler otrzymała dodatkową szansę i jeszcze raz rzucała. Cieszę się, że jednak ją pokonałam. Takie zamieszanie nie powinno mieć miejsca w igrzyskach. Jakiś problem z aparaturą pomiarową był także w eliminacjach przy mojej pierwszej próbie" - powiedziała Anita Włodarczyk w rozmowie z Polską Agencją Prasową.
Polska sportsmenka podkreśla, że olimpijskie srebro ma dla niej większe znaczenie, niż mistrzostwo świata, które już ma w swoim dorobku. "Po części jestem spełniona. Jak widać zaraziłam się chorobą Tomka Majewskiego, tyle że nie złotem, a srebrem." - dodała Włodarczyk.
AM

