Najlepszym dowodem na to, że nasi umiłowani mają głęboko w poważaniu czwarty artykuł zasadniczej ustawy jest ich stosunek do wniosków referendalnych: siedemset pięćdziesiąt tysięcy podpisów w sprawie JOW – zmielonych. Prawie trzy miliony podpisów w sprawie reformy emerytalnej – zmielonych. Niemal milion podpisów pod wnioskiem o referendum edukacyjne – polityczna hucpa. Ta ostatnia sprawa zresztą najdoskonalej ukazuje stosunek naszej „elity” do demokracji: Stefan Niesiołowski, prominentny polityk partii rządzącej, raczył był wyrazić się wprost - „Parlament to jest naród, a nie demagogiczna akcja”. Czyli, tłumacząc słowa posła Niesiołowskiego, naród stanowi 560 osób (460 posłów i 100 senatorów) a cała reszta to... ja wiem? Bezrozumna hołota, którą trzeba trzymać za twarz? Chłopi pańszczyźniani zdani na łaskę panów? Niewolnicy, mający trzymać gęby na kłódki i robić, co im się każe? Milion (prawie) podpisów to – cytuję dalej posła Niesiołowskiego - „To jest demagogiczna akcja polityczna, antyrządowa. (…) Jest to demagogia żałosna zupełnie. (…)” i tak dalej. Byłoby zabawnie, gdyby nie fakt, że pan poseł zdobył mandat uzyskując w swoim okręgu (Lubuskie) 36.993 głosy. Czterdzieści tysięcy (prawie) przeciwko milionowi (niemal)...
Innym przykładem lekceważenia czwartego artykułu są progi wyborcze. Żeby partia mogła wprowadzić do Sejmu swoich posłów musi uzyskać pięć procent głosów w skali kraju. Czyli, w warunkach idealnych (przy stuprocentowej frekwencji), swoich przedstawicieli ma jedynie dziewięćdziesiąt pięć procent Narodu. A co z resztą? Co z tymi pięcioma procentami? Co z ludźmi, którzy oddali głos na partie, które zdobyły mniejsze poparcie? Gdyby wziąć za dobrą monetę słowa posła Niesiołowskiego, to spadają oni poniżej pańszczyźnianego chłopa – nie dość, że nie są Narodem, to jeszcze nie mają wśród tego Narodu nikogo, kto reprezentowałby ich interesy. Czy aby, całkowitym przypadkiem ma się rozumieć, w dobie walki z wykluczeniem, w chwili kiedy minister w rządzie RP przyjmuje patronat nad „paradą równości” priorytetem tegoż rządu nie powinno być zrównanie wszystkich obywateli? Wszystkich, zatem również tych, którzy dzięki progom wyborczym zostali wykluczeni z udziału we władzy w Rzeczpospolitej? „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Niecałego...
Kolejnym absurdem polskiej „demokracji” jest finansowanie partii politycznych z budżetu państwa. Oczywiście nie wszystkich, ale tylko tych, które uzyskają w wyborach 3% ważnie oddanych głosów. Łączy się to w swoim absurdzie z przykładem powyższym, czyli progami wyborczymi – mianowicie publiczną kasę do podziału dostaje tylko i wyłącznie 97 procent Narodu, mimo że wszyscy (teoretycznie ma się rozumieć) na tę pulę się zrzucają. Czyli trzy procent obywateli znowu zostaje wystrychniętych na dudka (tudzież wydudkanych na strychu) występując w charakterze sponsorów całej reszty. Litościwie pominę sposób wydawania tych pieniędzy, ciastka i paluszki w burdelu, sushi zżerane z cy... piersi modelki czy reklama w przychylnych mediach nie są tematem mojego wywodu. Tym tematem jest 2,99999... procent wykluczonych, zmuszonych do łożenia na ludzi, których nie dość, że nie popierają, to nawet znać by nie chcieli...
Lećmy dalej: dyscyplina partyjna. Załóżmy czysto teoretycznie, że znaczna część spośród tych 36.993 głosujących na Stefana Niesiołowskiego w ostatnich wyborach to ludzie pamiętający jeszcze jego działalność w partii określanej mianem „symbolu chemicznego wody święconej” - ZChN. Załóżmy też, nadal tylko w teorii, że poseł Niesiołowski chciałby głosować zgodnie z wolą swoich wyborców. Tymczasem szef klubu parlamentarnego ogłasza partyjną dyscyplinę. Wyjścia ma dwa: albo się podporządkować wzruszając ramionami w stylu „co ja mogę”, albo tę dyscyplinę złamać narażając się na wszelkie możliwe konsekwencje – łącznie z wydaleniem z partii. Czyli – w przypadku ordynacji proporcjonalnej obowiązującej w naszym kraju – poseł wykonujący wolę swoich wyborców może stracić szansę na reelekcję, a ten, który tę wolę „zlał” nie musi się obawiać o swoją dalszą, parlamentarną przyszłość. Wróć! Powinienem raczej napisać, że to wyborcy tracą szansę by nadal reprezentował ich człowiek, który nie zawiódł ich zaufania...
Te trzy przedstawione przeze mnie przykłady pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego, każdy pochodzi z innej parafii a wszystkie służą – tylko i wyłącznie – poprawie funkcjonowania demokracji przedstawicielskiej i wyeliminowaniu patologii. Pozornie, jak napisałem. Bo wszystkie trzy dowodzą, że czterystu sześćdziesięciu posłów w Sejmie Rzeczypospolitej siedzi tam tylko po to, by wypełnić salę. Przecież tak naprawdę gdyby zebrało się sześciu facetów, sześciu partyjnych wodzów (Tusk, Kaczyński, Palikot, Miller, Piechociński i Ziobro) i każdy miałby tyle głosów ile (procentowo) zdobył poparcia w wyborach, to wynik głosowania byłby dokładnie taki sam, jak przy pełnej sali. Pytanie brzmi: co to ma wspólnego z demokracją i czwartym artykułem Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej? I pytanie drugie, w świecie przeliczającym wszystko na pieniądze o wiele bardziej zasadne: za co my, do ciężkiej cholery, płacimy pozostałym czterystu pięćdziesięciu czterem, z woli Narodu wybranym, posłom???
Alexander Degrejt
