Bronisław Wildstein, publicysta "Rzeczpospolitej":
W latach PRL-u było takie specyficzne określenie, używane nieoficjalnie – mówiono o „szczujnych” dziennikarzach. Jak można się domyślić chodzi tu o grę słów – o słowa „czujność” i „szczucie”. Był taki typ dziennikarzy, którzy zajmowali się szczuciem na tych, którzy byli niewygodni dla władzy. Organizowali nagonki i czekali na sygnał, a czasami go wyprzedzali, bo to się wiązało z dodatkowymi profitami.
I można uznać, że zarówno „Gazeta Wyborcza” jest taką „szczujną” gazetą, a w tejże gazecie szczególne miejsce zajmuje dobrana para: Kublik – Czuchnowski. Zajmują się oni właśnie tego typu procederem – szczują tych, którzy są niewygodni dla establishmentu, którzy są krytyczni wobec establishmentu i którzy generalnie mają nie te poglądy, które „należy” mieć. Oczywiście ci ludzie, którzy mają nie „te” poglądy, są pod każdym względem źli, nieudani, nieutalentowani, w przeciwieństwie do niezwykle utalentowanej pary, o której mowa i która w tym tekście zajmuje się przyznawaniem ocen dziennikarskich. Muszę więc przyznać, że gdybym ja dostał dobrą ocenę od tej pary to byłbym przerażony. Na szczęście ta ocena jest taka, jaka jest.
Chciałem powiedzieć jeszcze kilka słów o standardach „Gazety Wyborczej”. Otóż nie tak dawno temu przepraszała mnie „Wyborcza” i p. Kublik na swoich łamach za kłamstwa i insynuacje. Musiałem oczywiście dochodzić tego na drodze sądowej, ale doszedłem. Insynuowano, jakobym swoim przyjaciołom dawał jakieś odprawy etc. W dzisiejszym tekście właściwie te insynuacje w podtekście się też pojawiają, ale ciekawe wydawałoby się, że w trakcie, kiedy miałem ten proces, to pani Kublik zajmowała się oceną mojego programu. To jest bardzo charakterystyczne, że osoba, z którą mam proces, jednocześnie pisze: „och, jakież to fatalne i niemerytoryczne są te programy Wildsteina” – taki mniej więcej był poziom tej krytyki, bo nic więcej w niej nie było. Teraz jest podobnie: „nie ma żadnego talentu” itp., itd. - każdy czytelnik może się przekonać.
Chodzi mi jednak o to, że elementarna przyzwoitość kazałaby tym, którzy są w sporze, nie wypowiadać się w drugą stronę. A tu właśnie owa para jest do tego oddysponowana.
Ta gazeta, która przepraszała mnie niedawno za insynuacje i ta autorka, która przepraszała mnie za insynuacje, wypowiada się na mój temat i na temat innych dziennikarzy, piętnując ich jakoby niewłaściwą pozycję. Ten tekst jest znowu takim podręcznikowym przykładem - powiedzieć nierzetelnego dziennikarstwa to jest powiedzieć za dobrze. Zaczyna się od nieprawdy: nie dziennikarze zorganizowali ten protest, tylko Stowarzyszenie „Solidarni 2010”, zostaliśmy na niego zaproszeni, w ogóle nie mieliśmy nic wspólnego z jego organizacją i niewielu z nas pojawiło się na tej manifestacji, tak więc kłamstwa zaczynają się już od początku. I później dowiaduję się np. na swój temat, że „na otarcie łez dostałem program”. W rzeczywistości zostałem wyrzucony ze stanowiska prezesa, mniej więcej po roku zaproponowano mi program, ja przyjąłem tę propozycję itd.
Nie ma sensu się ustosunkowywać do tego typu - jakby to ująć? – „szczujnego” dziennikarstwa. Powinno być obrazą dla dziennikarzy nazywanie tych osobników, którzy to podpisują, dziennikarzami. I to właściwie tyle.
Not. roja
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

