Dziennikarz, pisarz i publicysta Bronisław Wildstein udzielił wywiadu w dzienniku "Super Express". Wildstein skomentował między innymi ujawnione niedawno przez prof. Sławomira Cenckiewicza dotyczące związków UOP z wybuchem gazu w gdańskim bloku 21 lat temu. Cenckiewicz sugeruje, że chodziło tu o zniszczenie teczek Lecha Wałęsy i że za straszliwym wypadkiem stoi sam były prezydent. Wałęsa idzie w zaparte, dyskredytując historyka, lecz nie kwapi się, by sprawę wyjaśnić.
"Sama sprawa nie jest nowa - wybuch, w którym zginęło ponad 20 osób, miał miejsce w 1995 roku i już po nim pojawiły się obiegowe opinie, że miał on związek z działaniami UOP. Wówczas te tezy nie były niczym poparte. W tej chwili mamy do czynienia z ewidentnym dowodem działania przestępczego"-powiedział publicysta w rozmowie z Mateuszem Zardzewiałym.
Bronisław Wildstein wyjaśnia, że chodzi tu o przeszukanie mieszkania podpułkownika Adama Hodysza bezpośrednio po eksplozji, bez prokuratorskiego nakazu. Można zatem wywnioskować, że było to bezprawne działanie UOP.
"Żeby zrozumieć tę sprawę, trzeba sięgnąć wstecz. Lech Wałęsa - również bezprawnie - "wypożyczył sobie" (czy też "wypożyczono mu") z archiwum MSW dokumenty świadczące o jego współpracy z SB. One nigdy nie wróciły do archiwum. Lech Wałęsa pozostaje odpowiedzialny za zniszczenie oficjalnych dokumentów, co więcej, zrobił to jako osoba pełniąca ważne stanowisko. To jest poważne przestępstwo i Lech Wałęsa powinien za nie odpowiedzieć."- tłumaczy dziennikarz. Wildstein zaznacza, że sprawę trzeba zbadać dokładnie: kto zniszczył wspomniane dokumenty i czy dokonał tego bezpośrednio na żądanie byłego prezydenta Polski."Sąd może też odstąpić od kary, są tu różne możliwości. Natomiast nie będziemy państwem prawa, jeżeli poważne przestępstwa będą tolerowane tylko dlatego, że ktoś posiada ważną pozycję społeczną".
Publicysta nakreślił także historię podpułkownika Adama Hodysza, byłego funkcjonariusza SB, który przeszedł na stronę opozycji. Hodysz pomagał opozycji i udzielał cennych informacji. "To jest stwierdzone i poświadczone. I Lech Wałęsa, kiedy został prezydentem, zamiast go wynagrodzić, wyrzucił go z pracy (w międzyczasie Hodysz zaczął pracować w UOP). Wałęsa potraktował też Hodysza niesłychanie obelżywie, mówiąc, że zdradził. Tymczasem Hodysz odszedł z policji politycznej. I on miał być zdrajcą!"
Podejrzewano, że Adam Hodysz może być w posiadaniu odpisów dokumentów z teczki Lecha Wałęsy. Pojawia się więc teza, że śmierć 20 mieszkańców bloku w wyniku eksplozji była jedynie "wypadkiem przy pracy". Spowodowano mały wybuch, by mieć pretekst do przeszukania mieszkania podpułkownika, zdobycia i zniszczenia dokumentów. "(...)oczywiście nikt nie chciał zabijać tych ludzi i niszczyć domu. Chciano tylko doprowadzić do wybuchu, który spowodowałby panikę, zamieszanie i umożliwiłby usunięcie ludzi z mieszkań, a w efekcie pozwoliłby na nieoficjalne przeszukanie mieszkania Hodysza. Teraz mamy dowód, że to przeszukanie rzeczywiście miało miejsce."- opowiada Wildstein.
Według publicysty sprawa z przeszukaniem Hodysza to skoncentrowany w "przybliżeniu", w "soczewce" obraz III RP.
"III RP bezpośrednio wyrasta z PRL i ogromna większość naszych problemów jest konsekwencją tego faktu. Nie zbudowaliśmy nowego państwa, tylko sztukowaliśmy stare. Nie rozliczyliśmy dawnych zbrodni i dawnego zła. Układy z czasów komunistycznych zostały przeniesione do nowego systemu i ludzie, którzy wykorzystywali system totalitarny po to, żeby robić kariery, nadal z tego korzystali, tworząc sieć wzajemnych układów i powiązań, które w dużej mierze zdeformowały polską rzeczywistość i demokrację, ograniczając również wolny rynek, ponieważ powstawały układy quasi-monopoli itd.(...)'- tłumaczy dziennikarz. Przypomina także ludzi, którzy znaleźli się w otoczeniu Lecha Wałęsy, gdy ten sprawował urząd Prezydenta RP.-
"To dawni ubecy, którzy nauczyli się działać i funkcjonować w tamtym systemie, czuli się bezkarni, bo nie tylko wyszli z PRL i włos im z głowy nie spadł, ale jeszcze zostali awansowani w nowym systemie. I wiedzieli, że nie liczą się dla nich żadne normy prawne czy procedury, ale wola ich mocodawcy, którym w tym wypadku był Wałęsa. I oni nie bawili się w jakieś zgody prokuratora na dokonanie rewizji - przeprowadzili przeszukanie bez nakazu, nawet na zgliszczach domu i nieomal pośród leżących tam trupów. Nie przejmowali się tym, ponieważ to przecież oni uczestniczyli w niszczeniu dokumentów, czyli popełniali przestępstwa."
Bronisław Wildstein zwraca uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz: historia przemian zapoczątkowanych przez działalność "Solidarności" jest w znacznej mierze zafałszowana lub po prostu niedopowiedziana. Największym kłamstwem jest zaś historia o tym, że komuniści postanowili oddać władzę.
"Wystarczy spojrzeć na fakty, żeby wiedzieć, że to nie jest prawda. Komuniści w ogóle nie chcieli oddać władzy - to, co maksymalnie udało się osiągnąć, to wybory do 35 proc. miejsc w Sejmie oraz do wszystkich miejsc w Senacie, przy czym Senat nie miał żadnych kompetencji. Zwornikiem systemu miał być Jaruzelski jako prezydent. Komuniści nie chcieli oddać władzy, tylko chcieli podzielić się odpowiedzialnością w sytuacji totalnego kryzysu ekonomicznego, o którym mówił ówczesny szef PZPR Mieczysław Rakowski. "Panowie, zbankrutowaliśmy" - on mówił wtedy o ekonomii, choć oczywiście komuniści zbankrutowali w każdym znaczeniu tego słowa, a przede wszystkim nie mogli już liczyć na sowieckie czołgi."
Wildstein stawia tezę, że III RP wyrosła na zwłokach "Solidarności".
JJ/SE.pl
