Fronda.pl: Pojawia się coraz więcej publicznych sugestii, że do katastrofy smoleńskiej mogło dojść bezpośrednio na skutek zamachu lub też świadomych działań w tym celu. Jak Pan skomentuje tego typu głosy?

Grzegorz Wierzchołowski: Jeśli chodzi o pojawiające się coraz częściej wypowiedzi, w których pojawia się sugestia, że do katastrofy smoleńskiej mogło dojść na skutek zamachu, to nie ma w tym nic dziwnego. Takie sugestie padały od samego początku, tyle że nie były one podawane w mainstreamowych mediach. Pisało się o tym na blogach, mówiło w prywatnych rozmowach. To, że takie wypowiedzi pojawiają się ostatnio publicznie, padają z ust osób publicznych, wynika z wątpliwości co do rzetelności prowadzonego śledztwa oraz sposobu badania tej katastrofy przez MAK i komisję ministra spraw wewnętrznych Jerzego Millera.

Wątpliwości wokół przyczyn katastrofy bowiem narastają. Mieliśmy przykłady niszczenia dowodów przez Rosjan. Stenogramy, które otrzymaliśmy od Rosjan, budzą wątpliwości pod kątem ich autentyzmu – wielu ekspertów podważa rzetelność zawartych w nich danych. Mnożą się wątpliwości, jeśli chodzi o dane, które otrzymywali polscy piloci podczas podchodzenia do lądowania – kwestia współrzędnych zawartych w danych podejścia, kwestia rozstawienia radiolatarni i ewentualnego nieprawidłowego ich działania. To w połączeniu z faktem, że Rosjanie nie są skłonni tych spraw wyjaśniać a polska prokuratura wojskowa zachowuje się tak, jakby to postępowanie Rosjan jej w ogóle nie przeszkadzało, w sposób naturalny rodzi różne podejrzenia i niektórzy politycy czy też osoby publiczne zainteresowane wyjaśnieniem przyczyn katastrofy nie mogą dłużej udawać, że tego nie dostrzegają.

Premier Tusk nigdy w życiu nie ośmieli się choćby zasugerować, że to mógłby być zamach czy celowe działanie, które doprowadziło do katastrofy, ale nawet on przekazany Polsce raport MAK zakwestionował.

Według mnie publiczne sugestie dotyczące hipotezy zamachu będą coraz częstsze, nasilą się zwłaszcza z chwilą, gdy poznamy raport MAK i zobaczymy, co pani generał Tatiana Anodina w nim napisała. We wstępnej wersji raportu mieliśmy choćby przykład podawanego przeciążenia, które miało zabić wszystkich pasażerów tupolewa. Była to liczba 100 G, tymczasem - jak twierdzą fizycy - jest to wartość po prostu wzięta z sufitu. To jeden z wielu przykładów świadczących o tym, że wstępny raport MAK jest zupełnie niewiarygodny.

 

W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Marcin Dubieniecki, adwokat i zięć Lecha Kaczyńskiego, snując dywagacje na temat możliwości zamachu, stwierdza, że „w końcu Lech Kaczyński jako jedyny w UE potrafił przeciwstawić się Rosjanom. (…) Wyeliminowanie go dawałoby Rosji swobodę w załatwianiu interesów w Europie, prowadzeniu różnych uzgodnień ze stroną niemiecką i innymi liczącymi się krajami Unii ponad naszymi głowami”. Czy motywem potencjalnego zamachu mogła być również zemsta Kremla na Lechu Kaczyńskim za jego polityczną działalność?

Lech Kaczyński najpewniej przegrałby czekające go wybory prezydenckie, chyba że w trakcie kampanii upubliczniono by Aneks do raportu o WSI. Przypomnijmy, że Roman Giertych mówił jeszcze przed katastrofą smoleńską, że są w nim takie rzeczy, iż po jego upublicznieniu nawet Przemysław Gosiewski wygrałby z Bronisławem Komorowskim. Skoro informacje zawarte w raporcie nt. Komorowskiego były tak szokujące, to wybory mogłyby wyglądać inaczej. Sądzę jednak, że jeśli to Rosjanie dokonali tego zamachu, to celem była raczej likwidacja ośrodka opozycyjnego wobec Platformy, a więc nie tylko samego Lecha Kaczyńskiego, ale też obozu, który on reprezentował. Pamiętajmy, że na pierwszej liście pasażerów tupolewa lecącego do Smoleńska był także Jarosław Kaczyński, było też wiele innych osób związanych z obozem Prawa i Sprawiedliwości. Nawet gdyby Komorowski wygrałby te wybory, to opozycja z Lechem Kaczyńskim i innymi politykami – mającymi dostęp do aneksu do raportu o WSI - byłaby dużo silniejszym ośrodkiem niż jest teraz, miałaby dużo większe możliwości manewru i blokowania niektórych rządowych inicjatyw, takich jak np. umowa gazowa z Rosją.

Trzeba wziąć pod uwagę także motyw zemsty. Wbrew pozorom Rosjanie często działają w sposób tak naprawdę mało racjonalny. Często posuwają się do takich środków, które w rzeczywistości nie przynoszą im korzyści politycznej. Zabójstwo Litwinienki nic tak naprawdę Rosjanom przecież nie dawało, tak samo jak powojenne zabójstwa dokonywane przez ludzi Stalina na ukraińskich działaczach ruchu niepodległościowego, nie stanowiących już dla ZSRS żadnego zagrożenia. W 1983 r. Sowieci zwabili podstępnie i zestrzelili nad swoim terytorium koreański samolot, na pokładzie którego znajdował się znany antykomunistyczny kongresmen amerykański Larry McDonald. Zrobili to tylko z zemsty i dla okazania siły, choć ryzykowali przecież wojną atomową.

Katastrofa smoleńska mogła być ponadto ostrzeżeniem, sygnałem dla innych przywódców Europy Środkowo-Wschodniej, aby się nie "wychylali", bo mogą skończyć tak jak Lech Kaczyński. Jeśli faktycznie to był zamach, to ci przywódcy o tym wiedzą. Otrzymali sygnał, jak mają się zachowywać w kontaktach z przywódcami Federacji Rosyjskiej.

 

Rozmawiał Robert Jankowski.

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »