Wielokulturowa była Polska przedwojenna. Żyli w niej obok siebie Polacy, Żydzi, Niemcy, Ukraińcy, Ormianie i wiele innych narodowości o odmiennej kulturze, odmiennych zwyczajach, tradycjach, różnych sposobach ubierania się, upodobaniach kulinarnych itp. itd. - można by tak ciągnąć po kres czasów, a i tak zapewne wszystkich różnic nie sposób by wymienić. Gdyby w latach dwudziestych ubiegłego stulecia usiąść na rynku we Lwowie, w Krakowie, w Gdańsku czy chociażby mojej rodzinnej Królewskiej Hucie, to już po kilku chwilach nawet nie znający ówczesnych realiów i niewprawny obserwator rozpoznałby, kto jest kim. Ludzie się różni, te różnice były widoczne i... nikomu nie przeszkadzały. Wzajemny szacunek był podstawą koegzystencji. Zdarzały się, oczywiście, incydenty. Gdzieś Żyd dostał po gębie, jakiś Polak został pobity przez Niemca, a Ormianinowi powybijano szyby w kantorze handlowym, były to jednak wypadki sporadyczne i wynikłe zazwyczaj z niechęci do konkretnego człowieka a nie do całej nacji. Choć świrów głoszących wyższość jednych nad drugimi nie brakowało i u nas, byli jednak skutecznie temperowani. Konflikty na tle narodowościowym nie leżały w niczyim interesie, wszyscy byli sobie nawzajem potrzebni.

 

Kultury oczywiście się przenikały, nawet czasem mieszały. Najczęściej następowało to poprzez małżeństwa, czasem ktoś uznał, że lepiej mu będzie u sąsiadów, a czasem, żyjąc w obcej społeczności, asymilował się, przyjmował stopniowo jej zwyczaje. Nie ma w tym niczego dziwnego, zjawisko to jest naturalne i stare jak świat. Oczywiście tylko wtedy, kiedy nie jest wymuszane nakazem administracyjnym czy swoistym społecznym przymusem, które burzą naturalny porządek i wywołują niepokoje. Zawsze jest tak, że człowiek, siłą zmuszany do zmiany dotychczasowego trybu życia, przyzwyczajeń, tradycji czy chociażby sposobu zarobkowania, będzie się buntował, bronił, zrobi wszystko, by decyzji władz nie wykonać. Całkiem niedawno, bo w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku, władze PRL zmusiły Romów do porzucenia taborów i zamieszkania w nowo wybudowanych osiedlach. Efekt był taki, że ludzie ci nadal gotowali strawę na ogniskach rozpalanych pomiędzy blokami a w wannach trzymali kartofle. Nie potrafili znaleźć się w nowej sytuacji, stali się dziwadłami wytykanymi palcami i budzili powszechną niechęć. Dopóki żyli wedle własnej tradycji, przemieszczając się z miejsca na miejsce, byli tolerowani. Sytuację zmienił jeden idiotyczny nakaz administracyjny.

 

Wróćmy jednak do przedwojennej wielokulturowości. Mimo, że nie brakowało politycznych prób zantagonizowania społeczności a i czasem trafiali się idioci głoszący wyższość jednych nad drugimi (vide: Wolne Miasto Gdańsk i działalność tamtejszej komórki NSDAP) ludzie żyli na ogół spokojnie, szanując się wzajemnie. Wielokulturowość trwała i służyła wszystkim aż do września 1939 roku. Niemcy rozpoczęli czyszczenie przestrzeni z „elementów niepożądanych” zaczynając od Żydów. Dzięki ich działalności wyludniły się całe dzielnice, jak chociażby krakowski Kazimierz. Zniknęły całe społeczności, a w ich miejscu pozostała pustka, której nie udało się zapełnić po dzień dzisiejszy. Po Niemcach przyszli „wyzwoliciele” ze wschodu, którzy z kolei postarali się o oczyszczenie polskich miast z Niemców. Zniknęły kulturalne tygle, tak charakterystyczne dla pogranicznych miast, których stałe kipienie ubogacało miejscową kulturę i stymulowało rozwój całego kraju. W miejsce starych, zakorzenionych społeczności sprowadzono wygnańców z dawnych kresów Rzeczypospolitej, których Sowieci pozbyli się z zagrabionych ziem. Sześć lat wojny zniszczyło tkankę społeczną narastającą przez stulecia, tkankę tworzącą najpierw pierwszą a potem drugą Rzeczpospolitą. Tej straty nie udało się zrekompensować po dzień dzisiejszy. Właściwie nikt nawet nie próbował, bo i w jaki sposób miałby to uczynić?

 

Współcześnie w krajach Europy Zachodniej próbuje się na siłę w miejsce tamtej wielokulturowości wprowadzić „multikulturowość”, która zamiast szanować odmienność kulturalną żyjących razem ludzi, usiłuje zatrzeć pomiędzy nimi wszystkie różnice. Czyni się to głównie za pomocą rozporządzeń administracyjnych, jako że lewica od zawsze ślepą wiarę pokładała w rozwiązania siłowe, narzucane z góry przez partyjnych działaczy, którzy pozjadali wszystkie rozumy i wydaje im się, że mają patent pozwalający stworzyć raj na ziemi. Wiele razy na przestrzeni dziejów już tego próbowali, a skutek zawsze osiągali ten sam – piekło dla milionów.

 

Przykładem niech będą Austria, Wielka Brytania czy Holandia, gdzie w wielu miasteczkach zakazano prezentowania choinek czy szopek na sklepowych wystawach by nie urazić muzułmanów czy niewierzących, zdarzały się też szkoły i przedszkola, które pod tym samym pretekstem rezygnowały z organizacji tradycyjnych jasełek. Ciekawe, że podobne zakazy dotykają jedynie chrześcijan, nikt nie wpadł jak dotąd na pomysł zakazania obchodzenia ramadanu czy Chanuki. Chrześcijańska Europa niszczy własną kulturę i tradycję w imię jakichś wyimaginowanych wyższych celów, które zamiast dobru służą złu, zamiast integrować mieszkańców, wyzwalają wzajemną niechęć i nieufność. A wystarczyłoby przecież sięgnąć do przedwojennych doświadczeń mieszkańców polskich miast. Ale... no tak. Ich już nie ma. Zostali skutecznie „zintegrowani” przez poprzedników dzisiejszych głosicieli „multi – kulti”...

 

Alexander Degrejt