Cały czas hierarchizujemy ludzką miłość, w konsekwencji czego dokonujemy podziałów na przejawy tej miłości bardziej duchowe i te bardziej cielesne. A potem oceniamy, które z nich są gorsze, a które lepsze. To, co w ten naszej logice uznamy za gorsze, chcemy ujarzmiać. Stąd bierze się pomysł, by na przykład rezygnować z aktu małżeńskiego w Wielkim Poście. Bardzo często pretekstem staje się błędne rozumowanie, że ta sfera nie jest do końca dobra, by traktować ją jako wartość. Mamy rezygnować z grzechów, które ujawniają się przez seksualność, ale nie ze współżycia seksualnego, o ile mówimy o małżeństwie.


Nasze życie ma różne jakości – jedną z nich może być troska o porządek w domu, czy przygotowanie współmałżonkowi kolacji, a drugą – troska o współżycie seksualne. Nie musimy tak myśleć, że rezygnacja ze współżycia jest czymś lepszym/gorszym od podejmowania innych postanowień, robienia dobrych uczynków wobec męża czy żony. Nikt nie chce rezygnować z miłości, by poczuć, jak ciężko jest żyć, nie doświadczając tego dobra. Jeżeli życie seksualne małżonków jest dobrem, wyrazem miłości nie ma potrzeby z niego rezygnować.


Takie postanowienie zasadza się na tezie, że trzeba w Wielkim Poście ujarzmić przyjemność. Ale przyjemność sama w sobie nie jest zła. Kiedy pościmy powstrzymując się od jedzenia, to nikomu nie przyjdzie do głowy, by jedzenie samo w sobie uznać za zło. Natomiast już w przypadku seksualności znajdzie się 40 proc ludzi, które zinterpretują to tak, że aktywność seksualna dla Kościoła jest czymś złym, stąd konieczność rezygnacji z tej sfery. Takie myślenie jest głęboko niechrześcijańskie.  


Problem pojawia się wtedy, kiedy ta przyjemność jest pusta, nie jest połączona z innymi, bardziej wzniosłymi wartością, intymnością, czułością, oddaniem się sobie, wzajemną troską, odpowiedzialnością. Jeśli przyjemność wkomponujemy pomiędzy takie wartości, to wtedy nasze życie staje się piękniejsze i bogatsze.


Chodzi o to, by przez Wielki Post wkomponować w życie wszystkie wartości jakie niesie miłość i akt małżeński: oddanie, czułość, intymność, przyjemność, radość, czystość sumienia… Nie odrzucać jedne w imię drugich, ale starać się, by ich było jak najwięcej w akcie małżeńskim, aby nasze życie było bardziej harmonijne.


Jeżeli widzimy, że w naszej sferze seksualnej pojawiają się grzechy, to właśnie to są problemy, w które musimy włożyć nasz wysiłek. Nie chodzi o to, by zrezygnować z seksu w imię tego, że współżycie nie jest wystarczająco ważne dla życia małżeńskiego – tak, jak nie rezygnuje się w Wielkim Poście z rozmów ze sobą czy ze sprzątania. Jeśli nasze życie seksualne prowadzi do grzechu, możemy podjąć takie postanowienie i powalczyć o wstrzemięźliwość. Brak umiejętności zachowania wstrzemięźliwości może mieć takie konsekwencje, że na przykład para zaczyna stosować antykoncepcję. Wstrzemięźliwość jest potrzebna wtedy w takim zakresie, jaki jest potrzebny, aby nauczyć się współżyć w fazie niepłodnej.


Dlaczego nie wpadniemy na przykład na taki pomysł, by w Wielkim Poście postudiować nieco o naturalnych metodach planowania rodziny, by móc w pełni kierować się w życiu katolicką etyką seksualną. Pomysł rezygnowania z seksu przez 40 dni jest sztuczny, raczej medialny, nie sądzę, żeby naprawdę komuś coś takiego przyszło do głowy.


Wielki Post polega na tym, by uczynić nasze życie lepszym, to znaczy piękniejszym. Dlatego sądzę, że w przypadku większości małżeństw lepszym postanowieniem byłoby dołożenie wszelkich starań, by ubogacić swoje życie seksualne niż rezygnacja z tej sfery. Po co pościmy? Żeby przybliżyć się Pana Boga. To Jego szukamy w tym okresie. Szukamy Pana Boga także w naszej miłości wyrażanej przez seksualność. Szukajmy Go więc także w akcie małżeńskim. Dlaczego mamy z niego rezygnować, skoro On tam jest? Jest obecny w więzi małżeńskiej. Samo w sobie współżycie nie jest grzechem, choć ta sfera nie jest wolna od grzechów biorących się ze złego jej pojmowania.

 

Not. eMBe