„... kibicujmy nadal narodowym drużynom futbolu czy rugby. Lecz nie pozwólmy, aby przywódcy polityczni wciąż na ogłupiali i wbijali w urojoną dumę złudzeniami, że państwo narodowe jest odpowiednim narzędziem naszych czasów” - głoszą Cohn-Bendit i Marquardt. A argumentem za powierzeniem władzy lewackim politykom, którzy jeszcze kilkanaście la temu głosili maoizm, trockizm i apologię pedofili, ma być kryzys, w który dodajmy wpędzili Europę także europejscy, często lewaccy politycy.

Ale w apelu w „Gazecie Wyborczej” znajdziemy także wezwanie do działania, akcji. „Musimy naszym krajowym politykom uświadomić, że już nie kupujemy ich nacjonalistycznego oszustwa. I nie podzielamy ich strachu, że przestaną cokolwiek znaczyć, jeśli powierzymy instytucjom europejskim takim jak Komisja Europejska i Parlament Europejski, rolę i władzę, na jaką zasługują” - podkreślają politycy. Jak to zrobić? „Pierwszym krokiem jest głosowanie w wyborach europejskich nie jako obywatele Francji, Niemiec, Grecji, lecz jako Europejczycy” - namawiają Cohn-Bendit i Marquardt.

Ten apel byłby nawet dość śmieszny, gdyby nie to, że kryje się za nim wizja, w której nie będzie już miejsca dla narodów, i gdyby nie to, że jest ona realizowana. Unia Europejska i jej elity (te mieszkające w Brukseli) od dawna próbują nas przekonywać, że narody się skończyły, a jedynym lekarstwem na kryzys jest integracja europejska, która zastąpić ma inną, wcześniejszą utopię, maoistowską, której także wyznawcą był Cohn-Bendit. Jedno jednak pociesza. Otóż na szczęście młodzi mieszkańcy krajów Europejskich są zdecydowanie mądrzejsi od ich starszych kolegów. I wiedzą, że jeśli mają na kogoś liczyć to nie na Europę, ale na siebie, rodzinę i wspólnotę narodową.

TPT/Gazeta Wyborcza