Z wiceprezesem Związku Powstańców Warszawskich, Sekretarzem Generalnym Rady Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, członkiem Rady Powierniczej Muzeum Powstania Warszawskiego rozmawia Paweł Krzemiński.
Paweł Krzemiński: Jak wyglądało miasto w dniu wybuchu Powstania?
Ppłk Edmund Baranowski: Pierwszy sierpnia to dzień długo przez nas oczekiwany. My żołnierze podziemnej Armii Krajowej czekaliśmy na niego trzy lata, ćwicząc się i przygotowując do wyjścia z bronią w reku i podjęcia walki. Warszawa pierwszego sierpnia była już miastem, które oczekiwało na wydarzenia. Tu trzeba by wspomnieć, że od 29 lipca warszawa była miastem przyfrontowym. Przez miasto ze wschodu przetaczały się kolumny rozbitych wojsk niemieckich, uciekinierzy cywilni – osadnicy niemieccy z Lubelszczyzny, i wszystko wskazywało, że jest to koniec Trzeciej Rzeszy. Poza tym, od 29 lipca na przedpolach Warszawy, pod – nomen omen – Radzyminem, toczyła się wielka bitwa pancerna 2. Armii Pancernej Gwardii z sześcioma wyborowymi dywizjami niemieckimi, które chciały za wszelka cenę utrzymać linię Wisły. Okazało się, że Radzymin jest pechowy dla naszych wschodnich aliantów, bo bitwę pod Radzyminem przegrali tracąc ponad 360 czołgów, nie otrzymując pomocy ze wschodu. I wtedy, kiedy my pierwszego sierpnia wczesnym rankiem otrzymaliśmy rozkaz o Godzinie „W”, i byliśmy przygotowani na podjęcie walki o 17:00, to również rano - o siódmej - dowódca 2. Armii Pancernej Gwardii, po przegraniu przez Rosjan bitwy pancernej, wydał rozkaz przejścia do obrony. Może gdyby były wtedy telefony komórkowe, i przyszłaby wiadomość jak wygląda sytuacja na froncie, to wydarzenia mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej. Poza tym, w tych dwóch dniach poprzedzających Powstanie, nad miastem, nad przestrzenią powietrzną, panowały myśliwce rosyjskie, które się pojawiały na niewielkiej wysokości. Czerwone gwiazdy nad miastem, bombardowane nocą węzły kolejowe na Pradze, na Targówku, i huk dział – wszystko wskazywało na to, że wolność jest w zasięgu dłoni. Sadzę, że – mimo, iż nadal dyskutowane jest czy Powstanie było słuszne czy nie, czy decyzja wywołania Powstania była właściwa – to okoliczności w jakich to nastąpiło, były takie, że można było oczekiwać, iż podjęcie walki jest rzeczą słuszna.
P. K.: Gdzie Pan był pierwszego sierpnia?
E. B.: Pierwszego sierpnia załatwiałem drobne zakupy z dwoma kolegami dla naszych dziewcząt, ale już o godzinie 11 wiedzieliśmy – bo otrzymaliśmy rozkaz ogłoszony przez łączniczki i kolegów – o tym, że mamy zbiórkę na miejscu koncentracji. W moim przypadku były to tereny Szpitala Wolskiego przy ulicy Płockiej, gdzie udaliśmy się pospiesznym marszem zabierając po drodze mieszkających na trasie naszego marszu kolegów. I oczekiwaliśmy na sygnał. Tu nastąpiło pierwsze rozczarowanie – jeśli można tak powiedzieć – bo oczekiwaliśmy, ze dostaniemy broń do podjęcia walki, a okazało się, ze otrzymaliśmy opaski, po dwa granaty „sidolki”, a co piaty żołnierz – karabin, już nie mówiąc o broni maszynowej, której nie było. Natomiast cel, który mieliśmy do opanowania, to były - pieszczotliwie nazwane „Naftusią” - ogromne niemieckie magazyny materiałów pędnych między ulica Wawrzyszewską a Okopową. (głębokie westchnienie) Ten obiekt znaliśmy, bo już przedtem podczas ćwiczeń wojskowych mieliśmy zadanie pojedynczo obchodzić ten teren, by poznać lokalizację obrony bram. Nasza akcja miała być wspierana, bo tam były cztery gniazda karabinów maszynowych na rogach i dwie potężne bramy metalowe. Saperzy mieli je wysadzić, powstańcza ciężka broń maszynowa miała unieruchomić stanowiska maszynowej broni niemieckiej i po przełamaniu obrony zaatakować podwórze obiektu. Ale nie było ani ciężkiej broni, ani saperów, była tylko setka chłopaków, kiepsko uzbrojonych, którzy otrzymali rozkaz natarcia. Dobrze, że przytomny dowódca – porucznik „Wit”, Stanisław Lubański – w porę wstrzymał natarcie kiedy zobaczył, że padły pierwsze ofiary – zabici, ranni - których starały się zabrać nasze sanitariuszki; więc te pierwsze godziny były dramatyczne.

P. K.: Czy całe Powstanie było przygotowane w podobny sposób, niestety – niezbyt dobrze?
E. B.: Nie. Ja do 6 sierpnia byłem żołnierzem 334. Plutonu Wolskiego, który niestety też był bardzo słabo uzbrojony, bo zasoby naszej broni znajdowały się na terenach Ulrychowa, a teren był zajęty przez jednostkę pancerną „Herman Goering”, która dwa dni wcześniej rozładowała się w Pruszkowie. Jej cześć udała się na Pragę, żeby wesprzeć działania bojowe toczącej się bitwy, ale cześć zaległa właśnie na terenie naszych magazynów broni, więc sytuacja była trudna. Ale już od 7 sierpnia byłem żołnierzem Zgrupowania „Radosław”, lepiej uzbrojonego. To była elita podziemnej armii - takie bataliony jak „Parasol”, „Miotła”, „Zośka”, „Pięść”, Oddział Dywersyjny Kobiet... Tu poczułem, że jesteśmy i doskonale dowodzeni i względnie dobrze uzbrojeni.
P. K.: Dlaczego między oddziałami były takie dysproporcje w uzbrojeniu?
E. B.: Te dysproporcje może wynikały z tego, że Zgrupowanie „Radosław”, w którego szeregach walczyłem później do ostatniego dnia Powstania, było – jak już powiedziałem – jednostka elitarną. To byli chłopcy i dziewczęta znakomicie już przeszkoleni i przygotowani do zadań. Cały szereg zadań bojowych prowadzonych przez Oddziały „Zośki”, „Parasola” czy „Pięści” wskazywały, że jest to wspaniały materiał żołnierski, więc być w szeregach takiego Zgrupowania było sprawą zaszczytną.
P. K.: Jak dalej potoczyły się wydarzenia z Pańskim udziałem?
E. B.: To był jeszcze okres bardzo ciężkich walk na Woli prowadzonych do 11 sierpnia przy bardzo silnym nacisku niemieckim. Noc z 4 na 5 sierpnia była i dramatyczna, i dla nas ważna, ale też i radosna. Tej nocy przyleciały nad Wolę trzy maszyny z Brindisi pilotowane przez polskich pilotów – m.in. kpt. Daniela Janke – i zrzuciły nam zaopatrzenie, dwanaście dużych zasobników; tam była broń przeciwpancerna, niesłychanie nam potrzebna – słynne „PIAT”-y – broń maszynowa, duży zapas amunicji, pistolety maszynowe i ręczne. Zgrupowanie od razu poczuło, że jest dobrze uzbrojone i mogło podjąć walkę z natarciem niemieckim, które się rozpoczęło wczesnym rankiem 5 sierpnia; to były takie - dobrze znane z literatury - oddziały jak: brygada Dirlewangera, dwa pułki Azerów, czy też pułk policyjny Schmidta, ale dzięki otrzymanym zrzutom mogliśmy utrzymać Wolę do 11 sierpnia. Jednak tego dnia nastąpił manewr niemiecki, nacisk od strony getta, od drugiej strony – od ulicy Powązkowskiej i groziło to odcięciem Zgrupowania. I to był piękny moment, taki sienkiewiczowski, gdy dowódcza Zgrupowania – ppłk „Radosław” - poderwał trzy plutony z Batalionu „Miotła” i poprowadził osobiście natarcie w rejonie obecnego ronda „Radosława”, przebijając drogę na Stawki i dalej na Stare Miasto. Piękny widok – dowódca zgrupowania, z pistoletem maszynowym w ręku, obok niego dowódca Batalionu „Miotła” - jego brat,„Niebora” - i obok porucznik Wiwatowski „Olszyna”. Pada pocisk artyleryjski blisko nich, „Olszyna” traci obydwie nogi. Na wszystko patrzymy spod bramy garbarni Tennera i Schellego, bo byliśmy oczekiwani jako wsparcie - gdyby natarcie trzech plutonów nie dało rezultatów, to zostałyby poderwane do natarcia pozostałe plutony „Miotły”. Ciężko ranny zostaje ppłk „Radosław”, ginie jego brat – dowódca naszego Batalionu, Mazurkiewicz, śmierć „Olszyny” następuje natychmiast z upływu krwi, ale droga na Muranów jest otwarta. Tak, obrazek był wspaniały. Pozostał w mojej pamięci przez tyle lat. Widzę to wszystko, jakby się działo wczoraj.

P. K.: Faktycznie, poruszająca scena - i oddziałująca patriotycznie, i jako świadectwo waleczności.
E. B.: Dowódcy Powstania, przynajmniej niektórzy – ci, z którymi miałem bliższy kontakt – zachowywali się wspaniale. Na przykład na Starym Mieście, podczas obrony ulicy Barokowej, która zamykała Niemcom drogę na ulicę Długą. Gdyby zdobyli barykadę na Barokowej, właz kanałowy zostałby szybko opanowany i ewakuacja Starego Miasta zostałaby przerwana. I kiedy już obrona barykady prawie padała - nie mieliśmy amunicji - to na wsparcie przyszedł płk „Wachnowski”, dowódca Grupy „Północ”, ze swoim sztabem sześciu oficerów przyzwoicie uzbrojonych. Dzięki nim barykada została utrzymana i nie dopuściliśmy do przebicia się Niemców przez Barokową na ulice Długą. Też piękny obrazek!
P. K.: Jak Pan przyjął klęskę Powstania?
E. B.: Trudna sprawa... W szeregach Zgrupowania „Radosław” przeszedłem szlak bojowy wiodący od Woli przez Muranów, Stare Miasto, Śródmieście, na Przyczółek Czerniakowski, i z powrotem. Cześć Zgrupowania przeszła dalej, na Mokotów, i dopiero stamtąd do Śródmieścia. Ale gdy przyszła wiadomość o kapitulacji, właściwie – jak określaliśmy – o przerwaniu działań wojennych, bo słowo „kapitulacja” nie chciało przejść przez gardło, to był moment dramatyczny. Tu muszę przytoczyć, często przeze mnie cytowany, fragment wywiadu Marka Ostrowskiego, który z okazji bodajże 50. rocznicy przeprowadzał rozmowy z powstańcami, ale i oceniał Powstanie. Tam było takie zdanie: „Wszyscy powtańcy starali się godnie spełnić swój żołnierski obowiązek, ale niektórzy mieli wyjątkowe żołnierskie szczęście jak Zgrupowanie „Radosław”, które od pierwszej godziny, po godzinę ostatnią było w stałym bojowym kontakcie z nieprzyjacielem.” To ja mówię: „-Panie redaktorze” – bo się spotkaliśmy później - „Drugiego dnia Powstania Zgrupowanie liczyło 2300 ludzi. Kiedy się spotkaliśmy 4 października przed wymarszem do obozu na ulicy Kruczej, przy ówczesnej ulicy Piusa – obecnie Pięknej – to było nas dwustu pięćdziesięciu sześciu... Oczywiście, nie wszyscy zginęli – wśród nieobecnych byli ranni, zaginieni i polegli – ale to jest właśnie cena żołnierskiego szczęścia. Podkreślam – nie wszyscy polegli; jeszcze teraz gdy się spotykamy z żołnierzami Zgrupowania „Radosław”, to jeszcze się nas zbiera stu–stu dwudziestu. Po tylu latach....
P. K.: A jak Pan wspomina wyjście z Warszawy?
E. B.: Wyjście z Warszawy było dramatyczne. Najpierw składaliśmy broń. Zanim ją złożyliśmy, to lepszą broń – tę zrzutową - staraliśmy się zakopać. Na przykład my zakopaliśmy w trzech miejscach – za oranżerią głuchoniemych, na terenie obecnego Hotelu „Sheraton”, i na rogu ulicy Książęcej i Rozbrat. Broń ciężką składaliśmy na niewielkim placyku na rogu ulic Marszałkowskiej i Wspólnej, tam także granaty były składane. A z karabinami i bronią maszynową maszerowaliśmy w Aleje Niepodległości 243. Tam wchodziło się przez bramę na tereny niemieckiego autokraft parku, i tam składaliśmy broń. Wychodziliśmy dalej na ulicę Suchą, Suchą do Filtrowej, dalej do Wolskiej, i do Ożarowa.
P. K.: Dyskusje na temat zasadności wybuchu Powstania trwają do dzisiaj, i trwać zapewne będą jeszcze długo. A jaka jest Pańska ocena - jako uczestnika Powstania?
E. B.: Dyskusja będzie trwała długo, ale – jak mówiłem wcześniej - trzy lata byliśmy szkoleni w tym celu, byśmy z bronią w ręku walczyli o wolność Warszawy, względnie o niezawisłość polityczną Polski. Nikt z nas nie miał oceny – mam na myśli szarych, szeregowych żołnierzy – sytuacji politycznej i militarnej na froncie. Bo to, że Rosjanie przegrali wielką bitwę pod Radzyminem - do Radzymina rzeczywiście mają pecha, przegrali tam drugą wielką bitwę – to mogę zrozumieć, że na przykład front się zatrzymał, bo przeszli już 650 kilometrów, ale do dzisiaj mam ogromny żal do naszych sojuszników ze wschodu, że przecież mając lotniska pod Garwolinem, czterdzieści kilka kilometrów od miasta, mogli dać osłonę lotniczą. Trzy-cztery myśliwce, które by patrolowały niebo nad miastem i nie dopuściły do bombardowań. A przecież właśnie w ich wyniku wszystkie dzielnice miasta poniosły ogromne straty, i w zabudowie, i w ludziach. I to jest dla mnie niezrozumiałe. Mieli tak blisko...
P. K.: Zapewne grały rolę przyczyny polityczne, które dotknęły nas nie tylko w roku 1944, ale na następne kilkadziesiąt lat...
E. B.: Sprawa Powstania Warszawskiego, i w ogóle Polski, nie rozstrzygała się na ulicach walczącego miasta czy na frontach, gdzie walczyły nasze dywizje, tylko w gabinetach dyplomatów. Z tym, że tam dzielono Europę i strefy wpływów bez Polaków! Polacy dowiedzieli się o tym co się działo - jaki nastąpił podział - wiele miesięcy później...
Rozmawiał: Paweł Krzemiński

