Czy żyjemy w świecie mitów o skuteczności polskiej prezydencji, polskiej polityki zagranicznej?

 

- Po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego charakter prezydencji narodowej uległ jednak zmianie. Dzięki niemu powołano przewodniczącego Rady Europejskiej, szefową europejskiej dyplomacji i te dwa urzędy przejęły wiele prerogatyw prezydenci narodowych. Ona nie mogła mieć znaczących efektów, bowiem odebrano jej znaczenie, ale mimo tego tak duży kraj jak Polska mógł wykorzystać swoją szansę lepiej. Naszą racją stanu powinno być kształtowanie polityki wschodniej UE. Prezydencja powinna temu służyć. Partnerstwo Wschodnie powinno być dla nas niesłychanie ważne, niestety odizolowało unijną politykę wobec Rosji, od unijnej polityki wobec krajów wschodnich ubiegających się o członkostwo w UE. Ta separacja nie jest korzystna dla Polski. Bo z jednej strony dano nam niejako zielone światło wobec partnerów UE, ale kontaktami UE z Rosją już zajęły się Niemcy i Francja. Nie wykorzystaliśmy prezydencji, aby mieć większy wpływ na relacje z Rosją. To też wypływa z polskiej polityki, żeby nie drażnić Rosji, bo wtedy ona nas za to nagrodzi np. handlowo. Ona nas jednak za taką bierną postawę nie nagrodziła. Nie wykorzystaliśmy też szczytu Partnerstwa Wschodniego. Dotyczy do naszych propozycji energetycznych i obronnych, a także potępienia łamania praw człowieka na Białorusi. Unia nie była tym zainteresowana.

 

Nie zostaliśmy uznani za partnera w dyskusji?

 

- Tak, ani też w kwestii ratowania euro, ani działań na rzecz poprawy sytuacji państw w obliczu kryzysu gospodarczego. „Hołd berliński” ministra Sikorskiego wywołał zdziwienie.

 

Niemcom przecież było on na rękę.

 

- Oczywiście, ale my tego nawet nie wykorzystaliśmy. Może jakby minister Sikorski powiedział to, co powiedział na początku prezydencji, a nie u jej schyłku? Może to przyniosłoby chociaż jakiś wymierny skutek? Potraktowano to jednak w Europie jak wygłup. Nie zauważono tego specjalnie ani we Francji ani w Wielkiej Brytanii.

 

Jakim ministrem jest Radosław Sikorski?

 

- Problem z nim polega na tym, że on nie realizuje jakiejś własnej polityki zagranicznej. Patrzy na Tuska, który nie rozumie świata, polityki międzynarodowej. Jego próby wyjazdu np. do Peru czy Chin skończyły się kabaretowo. Po tych nieudanych wyprawach całkowicie więc zrezygnował z wizyt do innych krajów. Tusk uznał, że nie przysparza mu to popularności w kraju. Kontynuowanie ambitnej polityki międzynarodowej poprzednich rządów wymaga odpowiedzi na różne komentarze, a po co mnożyć sobie problemy. Uznał więc, że najważniejszy jest spokój. Więc wycofaliśmy się z aktywności w Ameryce Południowej, Bliskim Wschodzie, Bałkanów, nie ma naszego poparcia dla Gruzji, Ukrainy, dla niezależnych od Rosji projektów gazowych. Uznano, że taka pokorna politykazostanie nagrodzona kolejną transzą pieniędzy z UE.

 

Tak bierna postawa wypływa po prostu z charakteru premiera Tuska?

 

- On chciałby sobie pograć w piłkę, pooglądać Ligę Mistrzów, a nie jeździć po świecie, którego nie rozumie. Jeśli on przylatuje do Warszawy z poniedziałku na wtorek, a wraca do domu w czwartek, to takie zachowanie kłóci z aktywnością w sprawach międzynarodowych, ale też i krajowych. W ostatni piątek była w sejmie cała lista ważnych głosowań m.in. o refundacji leków czy składce rentowej dla rolników. Była gorąca dyskusja o społecznych problemach w nabitym po brzegi Sejmie, ale tylko premiera brakowało. Dzieją się afery w prokuraturze, a on wypoczywa w Dolomitach. Nie wystarczy tylko być w Europie. Trzeba w niej być jeszcze aktywnym, walczyć, a nie oddawać pole.

 

Minister Sikorski odzwierciedla tą postawę swojego zwierzchnika?

 

- Sikorski nie ma zaplecza politycznego. Trochę wcześniej popierał go Gowin, trochę Giertych, jakaś młodzież, której imponuje jego luzacki styl. On jest jednak nielubiany, bo uznawany jest za bufona i aroganta. Jedyne co robi, to dopasowuje się do polityki Tuska. Jest w tym konsekwentny. Proszę zobaczyć, jak rzadko Sikorski jest za granicą. Tak się przecież nie prowadzi polityki zagranicznej. On jeździ tylko w sprawach interwencyjnych. Całe obszary pozostają zaniedbane i odpuszczane.

 

Grzegorz Schetyna zesłany na szefa sejmowej komisji spraw zagranicznych też chyba specjalnie nie jest w tej dziedzinie aktywny. Nie prowadzi polityki zagranicznej.

 

- On nie ma do tego kompetencji. Podobnie jak Niesiołowski jako szef komisji obrony narodowej. Oni mają pilnować porządku, aby nie było zbytnich kłótni, reszta ma się toczyć inercją.

 

Czy błędem było zamykanie wielu polskich ambasad, w tym np. ambasady w Mongolii?

 

- Tak, bo jest to ważny rynek, chociażby pod względem żywności. To przecież kraj między Rosją, a Chinami. Sikorski nie jeździ po świecie. Przecież gdy porwano polskiego inżyniera w Pakistanie, to nie pojechał tam z interwencją, tylko zadzwonił. W takich sytuacjach potrzebny jest osobiste spotkanie, kultura kontaktu, podanie ręki, wspólne picie herbaty... to jest ważne.

 

A nominacje na ambasadorów? Obecny polski ambasador w Budapeszcie ukończył w 1986 r. w Moskwie Instytut Spraw Międzynarodowych. To przecież prztyczek wobec walczących z dekomunizacją Węgrów.

 

- Sikorski przywrócił do MSZ całą masę ludzi z taką przeszłością, wielu nawet na kierownicze stanowiska.

 

Dlaczego to robi?

 

- Wielu dawnych kolegów z prawicy go nie poznaje. Znałem go od dawna jako zupełnie innego człowieka. Może to skutek odtrącenia przez prawicę, którą przecież uwielbiał, z którą się utożsamiał i teraz się tak na niej mści. Dobrał sobie przecież za współpracowników wielu ludzi z dawnego układu.

 

A jak pan widzi kierowanie Parlamentem Europejskim przez Martina Schultza, który niezbyt przepada za Polską?

 

- Będzie wesoło. To jest lewak, który ma do tego arogancki charakter. Będzie biczem dla wszystkich na prawo od centrum. Myślę, że rozpęta jakąś nagonką przeciwko Wiktorowi Orbanowi, może zrobi jakąś akcję społeczno-kulturową wobec przeciwników aborcji. Będzie arogancko dyscyplinował europosłów. To nie będzie bezbarwny i uśmiechnięty Jerzy Buzek.

 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski