- Trudność w zdefiniowaniu przez prezydenta interesu narodowego wynika z faktu, że oba ośrodki prezydencji i premierowski nie chcą go szczegółowo definiować. Procedura takiego definiowania wygląda następująco: jest tzw. triada bezpieczeństwa. Po pierwsze: trzeba na samym początku dokonać analizy otoczenia międzynarodowego jakie są w nim zagrożenia i jakie wyzwania. Po drugie: trzeba zdefiniować poziom ambicji czyli poziom, do którego dany kraj zmierza, jaką politykę chce prowadzić i jaki poziom chce osiągnąć w tym otoczeniu. Po trzecie: musi zdefiniować jak się przeciwstawić tym zagrożeniom i wyzwaniom i wskazać instrumenty jakimi chce osiągnąć ten docelowy poziom.

 

Tu mamy w Polsce problem, bo kilka lat temu obóz rządzący uznał, że nasz poziom to wystarczy być w Unii Europejskiej. Prezydent Komorowski kiedy objął swój urząd powiedział, że nic nam nie zagraża, nic na nas nie czyha. Wmawiano nam więc przez ostatnie lata, że nic na nas nie czyha, że wystarczy być w UE i dopowiadano, że w jej głównym nurcie. Deklarowano, że trzeba przyjąć reguły gry Unii, odstąpić od aktywnej polityki wspierania państw na Wschodzie, dogadać się z Rosją, nie drażnić Niemców i odejść od polityki historycznej, która do niczego nie prowadzi, a tylko drażni. Wystarczy być. Jednak ta polityka „wystarczy być” poniosła klęskę. Tłumaczono, że jesteśmy w środowisku bezpiecznym i niczego się nie domagamy to można np. drastycznie zredukować instrumenty polityki zagranicznej. Można więc wycofać się z misji pokojowych, ukrócić aktywną dyplomację, wymienić politykę Jagiellońską, która rzekomo była imperialna i antyrosyjska, na piastowską politykę modernizacji kraju.

 

Żeby przekonać, że Polska nie potrzebuje aktywnej i ambitnej polityki międzynarodowej, fałszywie informowano o sytuacji międzynarodowej. Takie myślenie nie przyniosło rezultatu i obudzono się widząc niebezpieczne, asertywne czy wręcz agresywne i niedemokratyczne działania Rosji. Unia przeżywa olbrzymi kryzys, a NATO jest wewnętrznie rozbite.

 

Okazało się, że aby rozmawiać porządnie z Unią, Rosją, Niemcami czy Francją to potrzebujemy instrumentów, a my nic nie mamy. Premier Tusk apelował nawet, że chcemy siedzieć przy stole, a nie być tylko kartą dań. To jednak niewiele dało, bo reset stosunków z Rosją nic nie zmienił, bo nawet Katynia nie wyjaśniono, a za gaz płacimy najdrożej w Europie. Rosja nie uznała w nas partnera, ale podporządkowała sobie i pokazała jaka jest nasza pozycja w regionie.

 

Jest teraz koniunktura, aby odnowić relacje w tym pasie wschodnim od Bałtów po Bałkany, gdzie Lech Kaczyński jeździł i śmiano się z niego. On wiedział, że warto dbać o relacje z tymi państwami. Niestety teraz przestaliśmy być liderem regionu i nie mamy prawa zasiadać przy tym europejskim stole na lepszym statusie, bo nasza polityka nas do tego nie legitymizuje. Nie walczymy o dobrą pozycję.

 

Dostrzegam jednak, że zaczyna się rysować podział w obozie PO, między prezydentem a premierem. Gdzie prezydent zaczyna być chyba bardziej stanowczy. Próbuje trzymać kontakty z państwami bałtyckimi, podtrzymywać Grupę Wyszehradzką i rozmawiać z Janukowyczem. Jest próba aktywności, która kontrastuje z gnuśnością premiera, który nie istnieje w sprawach zagranicznych. Próbował parę miesięcy temu zaistnieć w sprawie paktu fiskalnego, aby Polska tam weszła. Nie ma go jednak w regionie, nie spotkał się z Hollandem choć dobrze, że rękę wyciągnął Komorowski. Widać po prostu, że ośrodek prezydencki widzi gdzieś sprawy szerzej. Po stronie rządowej jest wypalenie, bo oni postawili wszystko na jedną proniemiecką kartę, jakby podpisali jakiś certyfikat z Niemcami, aby oni przewodzili. Oczekiwali za to nagrody, ale jej nie mają. Chodzi oto, aby ta aktywność wyszła dalej niż tylko na linii Warszawa-Berlin.

 

Prof. Legutko o naszym interesie narodowym: Prezydent_i_jego_otoczenie_nie_są_zdolni_do_budowania_strategii

 

Not. Jarosław Wróblewski