Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski udzielił obszernego wywiadu dziennikowi "Berliner Zeitung". Stawia w nim Niemcom bardzo ostre - i bardzo uzasadnione - zarzuty. Zmiana podejścia do Berlina w stosunku do poprzedniego rządu jest kolosalna. Waszczykowski nie obawia się mówić Niemcom wprost, że Polskę traktują bardzo źle.

Na początku Waszczykowski skomentował słowa Martina Schulza o "zamachu stanu" w Polsce. "Polityk tak wysokiej rangi powinien być lepiej poinformowany, zanim publicznie się wypowie. W naszym kraju, tak jak w wielu państwach demokratycznych, toczy się obecnie normalna polityczna debata o rozwiązaniach instytucyjonalnych, która jest obserwowana i komentowana przez wolne media" - powiedział Waszczykowski.

Waszczykowski wyjaśnił też, że Trybunał Konstytucyjny "nie jest sądem, ale ciałem politycznym" decydującym o kwestiach, jakie powinny leżeć w gestii innych instytucji. Waszczykowski wyjaśnił też, że sędziowie TK wybierani są z pobudek politycznych.
Minister pytany był też o sprawę imigrantów. Wyjaśnił, że obecnie w Europie miesza się ze sobą dwie kategorie: uchodźców i imigrantów ekonomicznych. "Jako państwo mamy prawo powiedzieć: nie możemy sobie na to pozwolić, nie ma u nas pracy. Polacy respektują jednak międzynarodowe prawo i dają uchodźcom możliwość azylu, jeżeli tylko ci udokumentują swój status i naprawdę uciekają przed prześladowaniem" - wyjaśnił Waszczykowski.

Dodał, że Polska może przyjąć 7000 osób wyznaczonych nam przez Komisję Europejską, jeśli osoby te "udowodnią, że są uchodźcami" - i jeżeli będą w ogóle chciały trafić do Polski, bo Warszawa nie chce uczestniczyć w żadnych przymusowych przesiedleniach ludzi. "Jeżeli prawdziwi uchodźcy powiedzą: Tak, decydujemy się świadomie na przyjazd do Polski, to my ich przyjmiemy" - powiedział.

Co niezwykle istotne, Waszczykowski podkreślił też, że Polacy od dawna pomagają imigrantom i uchodźcom z Ukrainy. "Pomagamy dzisiaj około milionowi Ukraińców, którzy żyją i pracują w Polsce legalnie i nielegalnie. Tak więc reszta Europy nie może zarzucać nam braku solidarności" - stwierdził.

Minister skomentował też ponawiane co pewien czas groźby eurokratów o odebranie Polsce funduszy europejskich. Przypomniał, że z każdego euro, które trafia do Polski... od 70 do 80 eurocentów wraca potem na Zachód! To przecież zachodnie, także niemieckie firmy, rozwijają w Polsce swoje interesy i działalność.

"A gdy chodzi o solidarność, to pytam: Kiedy Niemcy pozwoliły pracować polskim obywatelom w swoim kraju po naszym przystąpieniu do UE w 2004 roku? Po siedmiu latach. Dlaczego wtedy nie mówiło się o braku solidarności? Dzisiaj Niemcy bez problemu przyjmują milion Syryjczyków, ludzi z innego kontynentu. Polska w 1999 roku przystąpiła do NATO, ale do dziś na terytorium Polski i Europy Środkowo-Wschodniej nie ma żadnych jednostek Sojuszu. Powodem jest to, że Niemcy troszczą się bardziej o interesy z Rosją, niż o bezpieczeństwo Europy Środkowo-Wschodniej. Powinniśmy zatem zapytać Niemców: Gdzie jest wasza solidarność wobec waszego najbliższego partnera?" - pytał Waszczykowski. 

Waszczykowski skrytykował też uderzający w polskie interesy, czysto polityczny projekt rozbudowu gazociągu Nord Stream.
Minister był też pytany o przyszłość UE, która dziś zdaje się podążać w kierunku dezintegracji. Gdzie chce iść Polska?

"Jestem realistą. Setki lat wydawało się, że Imperium Rzymskie będzie wieczne. Historia uczy nas, byśmy mieli świadomość, że coś może się nie udać. Nasza odpowiedź brzmi: Zachowajmy UE jako instytucję, która czuwa nad czterema podstawowymi wolnościami oraz nad gospodarką, która współpracuje z NATO. Już jednak istnieje UE dwóch prędkości. Nie zostało to wywołane przez nas, ale przez zachodnie państwa UE, które wprowadzały w pełen błędów sposób euro. Dwie prędkości mogą przy tym iść ze sobą w parze. Kraje euro chcą nam pokazać, że to one są sercem Europy, ale to serce rozwija się źle. Kraje, które - tak jak Polska - mają własną walutę, rozwijają się lepiej niż państwa strefy euro" - stwierdził Waszczykowski.

hk/Berliner Zeitung