Łukasz Warzecha, publicysta: Jestem ciekawy, w jaki sposób raport miałby uzasadniać postawienie Jarosława Kaczyńskiego oraz Zbigniewa Ziobrę przed Trybunałem Stanu. Przypomnijmy, że śledztwa prokuratorskie toczone w tej sprawie niczego nie wykazały. Przez parę lat widzieliśmy dramatyczne wysiłki – m.in. „Gazety Wyborczej”, żeby dowieść, że w tej sprawie działo się coś niedobrego. Wielokrotnie odgrzewano te same wątki np. dotyczące telefonów funkcjonariuszy ABW z miejsca tragedii. Nic z tego nie wynikało. Czepiano się zupełnie nieznaczących szczegółów. Natomiast, żeby postawić kogoś przed Trybunałem Stanu potrzebne są naprawdę silne przesłanki i dowody.

 

Nie mam oczywiście wątpliwości, że raport komisji śledczej rzeczywiście ma szanse doprowadzić do postawienia kogokolwiek przez Trybunałem. W III RP żaden polityk przed tym Trybunałem nie stanął. Tego typu wnioski mają znaczenie podobne do wniosków o odwołanie ministra z rządu. Wiadomo, że zwykle nic z tego nie wychodzi. One mają głównie znaczenie propagandowe. Różnica polega na tym, że przy okazji wniosku o votum nieufności toczona jest debata, w czasie której można poruszyć rzeczywiste problemy związane z pracą danego resortu, które widzi opozycja. Ja w przypadku wniosku o postawienie Kaczyńskiego i Ziobry przed Trybunałem nie widzę żadnego realnego uzasadnienia.

 

Po raporcie końcowym nie oczekuje żadnych rewelacji. Gdyby one były, dawno nastąpił by już przeciek do mediów z taką informacją. Tymczasem w tej sprawie obserwowaliśmy tylko odgrzewane stare kotlety, zupełnie nieświeże. I nic z nich nie wynikało. Taki według mnie będzie cały raport, nic znaczącego się w nim nie znajdzie. On pewnie będzie się opierał na subiektywnych oskarżeniach politycznych oraz zawierał próby wysuwania wniosków na podstawie nikłych przesłanek bez dowodów.

 

Sprawa czasu publikacji raportu z prac komisji śledczej zawsze budzi kontrowersje. Można powiedzieć, że kampania wyborcza w demokracji jest permanentna, więc każdy moment na ujawnienie takich raportów jest zły. Obecnie toczy się debata na temat ujawnienia raportu z prac komisji ministra Jerzego Millera. Byłem świadkiem ożywionej dyskusji na Twitterze, w której padały bardzo sensowne argumenty pokazujące, dlaczego Platformie opłaca się opublikować ten raport po wyborach. W tej samej dyskusji padały równie dobre argumenty, mówiące, dlaczego PO nie opłaca się ujawniać tego dokumentu po wyborach. Obie tezy były dobrze uargumentowane. Oczywiście tego typu raportów często chce się używać w związku z kampanią wyborczą. Jednak dokument z takimi tezami w każdym momencie miałby podobne znaczenie propagandowe.

 

Sądzę, że raport z prac komisji nie będzie miał szczególnego wpływu na wynik wyborczy. Ciekawszy wydaje mi się wpływ na ewentualną zdolność koalicyjną. Zastanawiam się na ile on mógłby zamykać drogę do koalicji PiS-SLD. Wbrew zapewnieniom liderów tych partii wciąż uważam, że jakaś forma współpracy po wyborach między tymi partiami jest możliwa. Jeśli spojrzymy na raport z tej perspektywy dokument ten może być pewnego rodzaju zabezpieczeniem się przed swoim elektoratem przez SLD. Być może w przyszłości dojdzie do współpracy z PiS, ale jak dojdzie to my pokażemy, że współpracujemy pragmatycznie, a w sprawach najważniejszych postulowaliśmy nawet postawienie polityków PiS przed Trybunałem Stanu – taki plan mogli przyjąć politycy Sojuszu. Z drugiej strony raport może być wynikiem determinacji SLD, żeby żadnej współpracy z PiS nie było. Wtedy Sojusz może spokojnie taki raport uchwalić. Dokument może być również pewnym sabotażem części polityków lewicy, którzy współpracy z PiS nie chcą. Takim raportem chcą utrudnić jej nawiązanie. Po tak ostrych wnioskach trudno będzie wytłumaczyć elektoratowi fakt współpracy z szefem PiS.

 

Not. żar