Pierwsze pytanie, jakie mi się w tej kwestii nasuwa jest takie, czy ktokolwiek w Ministerstwie Edukacji przeliczył, jak się będzie miało obowiązkowe wysłanie sześciolatków do szkół w roku 2014 do liczby szkół, która będzie wtedy dostępna (w związku z tym, że wiele zostanie zamkniętych). Myślę, że nikt o takie szacunki się nawet nie pokusił, bo – po pierwsze – nie słyszymy o nich, a ministerstwo na pewno by się nimi pochwaliło, gdyby je miało, a po drugie – takie działanie jest typowe dla tego rządu – byle jak, na chybcika, bez liczenia, bez kalkulowania kosztów, skutków, etc.
Drugie zasadnicze pytanie, jakie należy postawić, to pytanie o system finansowania szkół. Wiadomo dlaczego zostało ono przekazane gminom. To była klasyczna – jak w wielu innych przypadkach – spychologia budżetu centralnego. Im więcej zadań przekażemy gminom, tym budżet centralny będzie miał łatwiej. Ale oczywiście za tą decyzją nie idzie żaden znaczący wzrost finansowania budżetu gmin. Zresztą, słyszałem już o jakiejś grupie gmin, która zamierza pozwać budżet państwa do sądu, właśnie z powodu tak wielkiej liczby zadań, które przypadają na gminy, za czym nie idzie zwiększenie dofinansowania.
W normalnej sytuacji, gdzie prowadzi się jakieś planowanie strategiczne, zamykanie ogromnej liczby szkół musiałoby prowadzić do postawienia pewnych pytań. Czy sprawdza się taki system finansowania, w którym to gminy utrzymują szkoły? Jakie wpływ na szkoły mają gminy? Jak wyrównać rachunek ekonomiczny szkoły, tzn. jej opłacalność (ile pieniędzy się na nią wydaje, a ilu uczniów do niej uczęszcza?), z tym, że niektóre społeczności – choć jest w nich niewiele dzieci – mają potrzebę tego, by funkcjonowała tam szkoła. Jest ona często centrum lokalnej społeczności. Czysty rachunek, taki ekonomiczny, nie pokaże nam, że pięcioro dzieci po zamknięciu szkoły będzie musiało co dzień dojeżdżać kilkanaście kilometrów do innej placówki.
Oczywiście, nie przewiduję żadnej dyskusji nad pytaniami, które tu stawiam. To jest rząd, który tnie mechanicznie, a nie rząd, który o czymkolwiek dyskutuje. Kwestia emerytur jest tego przykładem. Obawiam się, że to wszystko – razem z fatalną reformą programu nauczania, także autorstwa tego rządu - układa się w bardzo niedobrą całość, której skutki mogą być tragiczne. Gdyby tu było miejsce na poważną dyskusję, można by się zastanowić nad zupełnie innymi rozwiązaniami. Na przykład, mikro-szkoły, w których przez cały cykl nauczania są nauczyciele wyspecjalizowani w kilku przedmiotach – rozwiązanie, które kiedyś sprawdziło się w Stanach Zjednoczonych czy Skandynawii. Pewnie nie dałoby się tego całkowicie przenieść do Polski, ale taki model „mikro” mógłby się sprawdzić. Może tam, gdzie nie potrzeba pełnowymiarowej szkoły podstawowej, takie placówki byłyby rozwiązaniem. Może dałoby się elastycznie zadziałać z programem nauczania. Nie mówię, że na pewno, ale to mogłyby być pewne punkty wyjścia do dyskusji.
Rozmawiała Marta Brzezińska

