Łukasz Warzecha, publicysta: Wraz z kolejnymi tygodniami prezydentury Bronisława Komorowskiego oraz kolejnymi uroczystościami z jego udziałem narasta we mnie rozczarowanie i obawa. Bronisław Komorowski przechodził w swoim życiorysie politycznym różne koleje losu, ale zawsze był politykiem z pierwszego rzędu. Po takim polityku należało się spodziewać, że znacznie lepiej odnajdzie się w roli głowy państwa.

Już na początku swojej prezydentury Komorowski zaprzepaścił szansę, by wznieść się ponad podziały polityczne i przy okazji sporów o krzyż przed Pałacem Prezydenckim pokazać, że rzeczywiście chce być prezydentem wszystkich Polaków. On jednak nie skorzystał z tej sytuacji, choć to mogło się skończyć dobrze, i dla państwa, i dla wizerunku prezydenta Komorowskiego.

Zaskakująca, a wręcz przerażająca, jest natomiast nieudolność Bronisława Komorowskiego w radzeniu sobie z wystąpieniami publicznymi. Gdyby w Polsce funkcjonował normalny rynek medialny i rozrywki, jaki istnieje np. w USA, to kabarety miałyby w postaci Bronisława Komorowskiego źródło wielu dowcipów. Pomimo krótkiego okresu urzędowania prezydent zajmuje już chyba pierwsze miejsce pod względem liczby lapsusów, pomyłek i dziwnych wypowiedzi. Takiego ich nagromadzenia polska polityka jeszcze nie widziała. Przy okazji odsłaniania pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy smoleńskiej na warszawskich Powązkach prezydent powiedział: „nasze serdeczne modlitwy polecą hen, hen do Smoleńska”. Takie wypowiedzi głowie państwa zupełnie nie przystoją. Skoro jednak padają z ust prezydenta oznacza to, że Bronisław Komorowski albo nie ma wyczucia sytuacji, w której zabiera głos, albo nie potrafi zorganizować sobie swojego otoczenia. Jeśli sam sobie nie radzi z przygotowaniem przemówień, to powinien mieć przy swoim boku osobę, która go do nich przygotuje, która powie, w jaki sposób przemawiać, jakich słów używać, z jaką intonacją mówić. Przy każdym prezydencie istnieje grupa doradców zajmująca się takimi sprawami. Widząc liczbę lapsusów prezydenta Komorowskiego, mam jednak obawy, że on jeszcze takiej grupy doradców nie ma.

Inną ważną wiadomością, jaka płynie od prezydenta Komorowskiego, jest skład jego Kancelarii. Klucz dobierania doradców prezydenta jest bardzo czytelny – to są ludzie dawnej Unii Wolności. Prezydent postanowił wyciągnąć ich z cienia i dać im okazję, właściwie nie wiadomo do czego. Sam chyba bowiem nie spodziewa się po nich wiele. To są osoby, które w większości są od dawna poza polityką, o których można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są dynamiczni i sypią pomysłami. To sygnalizuje, że prezydentura Komorowskiego będzie statyczna, bez pomysłów; ospała, jak jego przemówienia. Prezydent będzie się jawił jak „dziadek” opowiadający gawędy przy kominku, ale nie mający niczego nowego do powiedzenia.

W najważniejszym – czysto politycznym - wymiarze prezydentury, do tej pory natomiast nie usłyszeliśmy żadnej poważnej wypowiedzi prezydenta. Pierwszym testem może być udział Bronisława Komorowskiego w szczycie NATO. Ja jednak nie obiecuję sobie niczego po jego udziale w tym spotkaniu. Bowiem zaszczycał nas dotąd okropnymi banałami dotyczącymi sytuacji międzynarodowej Polski. Jego przemówienie z 11 listopada było oderwaną od rzeczywistości miłą bajeczką dla osób, które się zupełnie nie orientują w polityce zagranicznej i sytuacji naszego kraju. Jeśli prezydent rzeczywiście uważa, że polska sytuacja jest taka dobra, jeśli sądzi, że nikt nam nie zagraża, że jesteśmy bezpieczni, to podczas szczytu NATO też nie będzie prawdopodobnie naciskał, by nowa koncepcja strategiczna podchodziła bardziej ofensywnie do kwestii gwarancji sojuszniczych Paktu Północnoatlantyckiego.

100 dni to oczywiście dopiero początek kadencji. Być może więc po 5 latach okaże się, że moja ocena jest niesprawiedliwa. Chociaż ja nie miałem wielkich oczekiwań dotyczących prezydentury Bronisława Komorowskiego, ale mimo tego jestem w 100 procentach zawiedziony początkiem jego kadencji.

Not. żar

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »