Łukasz Warzecha, publicysta: Doniesienia o tym, że kontrolerzy w Smoleńsku konsultowali się z Moskwą ws. pozwolenia na lądowanie polskiego Tupolewa nie są nowe. Wiadomo było o tym już kilka miesięcy temu. Nie wiadomo było jednak, co kontrolerzy usłyszeli. Jeśli ta treść rzeczywiście była taka, jak podaje "Gazeta Wyborcza", to oznacza, że kontrolerzy nie kierowali się względami bezpieczeństwa, oceną sytuacji na lotnisku, własnym doświadczeniem, tylko przyjmowali polityczne dyrektywy od kogoś, kto nie znał sytuacji panującej w Smoleńsku. To oznaczałoby, że zasadnicza, a może i całkowita wina za tę katastrofę leży po stronie rosyjskiej.
Trzeba wyjaśnić, czy konsultowanie decyzji o pozwoleniu na lądowanie jest w Rosji czymś typowym. Czy standardem jest pytanie Moskwy o to, czy ważny samolot ma lądować bez względu na warunki panujące na lotnisku. Taka sytuacja jest bardzo dziwna i nie mieści się w żadnych standardach lotnictwa cywilnego i wojskowego.
Należy również zbadać o sprawdzenie tego, kto był rozmówcą smoleńskich kontrolerów, kto podjął decyzję o tym, że polski pilot ma podjąć próbę lądowania, dlaczego podjął taką decyzję i czy był świadomy konsekwencji próby lądowania.
Obawiam się, że jeżeli doniesienia te się potwierdzą, śledczy zrobią z kontrolerów kozła ofiarnego. Oni na pewno ponoszą część odpowiedzialności za tę tragedię, jednak również ich rozmówca z Moskwy ją ponosi. On kontrolerom powinien powiedzieć, żeby sami podjęli decyzję uwzględniając warunki panujące w Smoleńsku. To jest normalna odpowiedź. Sytuacja, w której Moskwa mówi: "niech lądują, może im się uda", jest skandaliczna. Jestem ciekaw, jak zostanie to uwzględnione w śledztwie zarówno rosyjskim, jak i polskim.
Not. żar
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

