Po pierwsze, trzeba pamiętać, że Wielka Brytania ma specyficzną pozycję w Unii Europejskiej. Z całą pewnością nie można brytyjskich zapatrywań przekładać bezpośrednio na okoliczności, w których znajduje się Polska, albo Czechy czy Dania. To bardzo specyficzna pozycja. Zresztą, zawsze taka była. Z drugiej jednak strony, to jest chyba pierwsza tak daleko idąca zapowiedź, dotycząca bardzo ważnego aktora europejskiej polityki. Ta zapowiedź pokazuje, że można myśleć inaczej, że to nie jest tabu. Do tej pory mieliśmy wtłaczany do głów taki schemat, nie tylko jeśli chodzi o Polskę, że nie ma życia poza Unią Europejską, co jest oczywiście bzdurą. Są przykłady państw spoza UE, które mają z nią odpowiedni układ handlowy, a które radzą sobie bardzo dobrze, jak choćby Norwegia. Jest też Islandia, która podjęła starania o wejście do UE, ale myślę, że one w tej chwili są zawieszone w oczekiwaniu na kolejne wybory w tym państwie. Islandczycy jeszcze dobrze zastanowią się zanim podejmą taką decyzję.

 

Wielka Brytania pokazuje, że jest życie poza Unią, a co ważniejsze, pokazuje, że jeżeli premier Cameron mówi o referendum, to można dać obywatelom głos w tak ważnej sprawie. Jeden z podstawowych problemów, jakim jest tzw. deficyt demokratyczny w Unii Europejskiej, polega m.in. na tym, że o najważniejszych sprawach decyduje się poza obywatelami. Poważne decyzje podejmowane są w ciszy gabinetów. Tutaj Wielka Brytania okazuje się wyjątkiem, bo zamierza oddać obywatelom głos w sprawie absolutnie pierwszorzędnej.

 

Co to oznacza dla UE? Sypie się konstrukcja umysłowa, na której opierała się UE, a która polegała na założeniu, że musimy naprawić to, co jest, bo nie ma drogi wyjścia, nie można z niczego zrezygnować. Za wszelką cenę musimy utrzymać w strefie euro Grecję, chociaż widać, że jest ona do tego kompletnie nieprzystosowana, musimy dalej się integrować, ściślej się spajać – takie są przecież tezy Radosława Sikorskiego. Jak się okazuje, wcale nie! Jest w Europie przywódca, który mówi, że dla jego kraju być może korzystniejsze będzie, jeśli obywatele tak zadecydują, wystąpienie z Unii. Koncepcje silniejszej integracji w tym momencie całkowicie się sypią. Oczywiście, będą próby różnego rodzaju nacisków, argumentacji, pewnie nawet gróźb, pytań, czy londyńskie City będzie radziło sobie poza UE lepiej, czy może gorzej, ale to już nie będzie taka sytuacja, jak w przypadku Irlandii, kiedy jej obywatele zdecydowali, że nie chcą Traktatu Konstytucyjnego, a potem Traktatu Lizbońskiego. Wielka Brytania nie jest krajem, na który można naciskać, jak naciskano na Irlandię.

 

Gdyby doszło do referendum  abstrahując już od tego, czy ono będzie wygrane, czy przegrane, to z pewnością będzie to przełomowe wydarzenie dla Unii Europejskiej. Czy to będzie początek końca? Nie spodziewam się, by Unia skończyła z jakimś wielkim hukiem. Raczej nie będzie spotkań przywódców, którzy podpiszą nowy układ, anulujący dotychczasowe ustalenia, wszyscy się rozejdą i powiedzą, że od tego dnia nie ma Unii Europejskiej. Myślę, że UE będzie więdnąć w sposób stopniowy, poprzez ograniczanie ścisłego centrum, tworzenie takich wewnętrznych ciał, jak na przykład koncepcja osobnego rządu dla strefy euro, tworzenie kolejnych kręgów zainteresowania, w których jedni będą, a inni już nie. Za jakieś trzydzieści lat może się okazać, że w zasadzie takiej Unii, jaką znamy dzisiaj, już nie ma, że to są, nawet niezachodzące na siebie w pewnych sytuacjach, kręgi wzajemnych układów.

 

Jest taka teza, której właściwie w Polsce się już nie udowadnia, bo uznaje się ją za pewnego rodzaju dogmat. Moim zdaniem jest ona jednak błędna, a mówi o tym, że zawsze powinniśmy być w samym środku tego, co się dzieje w Unii. Jeżeli powstają jakieś nowy sposoby zaangażowania, jak na przykład wspólna „czapa” finansowa dla krajów, nie tylko będących w strefie euro, to my musimy w to wchodzić, aby mieć wpływ. Może tak było w pierwszym okresie po przystąpieniu do UE, ale mam wrażenie, że dziś to już jest zupełnie nieaktualne. Wcale nie musi być dla nas opłacalne wchodzenie do tych kręgów, czy układów, które idą najdalej, jeśli chodzi o integrację europejską dlatego, że nasz wspólny interes z innymi państwami, które w tych układach są, może być bardzo nikły. Nie można tego traktować jak dogmatu. Zwłaszcza kiedy widzimy, że UE rozszczelnia się, dezintegruje. Nie jestem przekonany, że to na pewno jest w naszym interesie. Myślę, że każdemu takiemu przypadkowi trzeba się bardzo uważnie przyglądać z osobna.  

 

Not. Marta Brzezińska