Alicja Tysiąc zapowiada wytoczenie kolejnych procesów cywilnych osobom, które – podobnie jak, jej zdaniem, ks. Gancarczyk – „obrażały jej godność osobistą i jej rodzinę”. Owo obrażanie miało polegać, zdaniem pani Tysiąc, przede wszystkim na nazywaniu aborcji morderstwem. Pani Tysiąc musiała poczuć się ośmielona kuriozalnym wyrokiem pierwszej instancji, według którego można wprawdzie aborcję określić jako morderstwo, ale już sprawczyni aborcji nie można nazwać morderczynią.
Jedno musi być jasne: całkowicie fałszywe jest przekonanie, że Alicja Tysiąc broni własnej godności czy w ogóle, że działa z jakiejś osobistej potrzeby. Pani Tysiąc została ikoną środowisk feministycznych i skrajnie lewicowych, specjalnie się z tym nie kryje i w takim kontekście należy odczytywać wszelkie jej deklaracje.
O ile można by mieć jeszcze jakieś zrozumienie dla jej żalów, gdyby miały one źródło w jej własnych emocjach, o tyle obecnie nie sposób traktować jej inaczej niż jako etatowej bojowniczki ideologicznego frontu. Kiedy zatem oznajmia, że zamierza wytaczać kolejne procesy, należy uznać, że szykuje się batalia skrajnej lewicy o sądowe zamknięcie ust ideowym przeciwnikom. To zresztą sposób, po który w ostatnim czasie sięga coraz więcej osób.
Zdrowy rozsądek nakazywałby sądom odsyłanie wszystkich podobnych pozwów, jak jednak pokazuje los procesu Alicja Tysiąc vs. ks. Gancarczyk, wśród polskich sędziów jest wielu takich, którzy nie tylko podobnymi skargami chętnie się zajmują, ale nawet w sentencjach wyroków sięgają po nowomowę ze sfery politycznej poprawności, przy okazji będąc na bakier z elementarną logiką.
W starciu różnych idei jedna strona brutalnie fauluje, sięgając po kaganiec w postaci sądowych wyroków. Jeśli faktycznie feministyczna „męczennica” spełni swoje zapowiedzi i zacznie składać kolejne pozwy, będzie to test na to, jak polski wymiar sprawiedliwości rozumie pojęcie wolności słowa.
Łukasz Warzecha, publicysta, komentator dziennika "Fakt"
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

